|
Blog > Komentarze do wpisu
GwiaKoLi 2010. Finał czyli Złote Globy
Otóż z powodu tejże właśnie odmienności form, niepozwalającej moim zdaniem rywalizować ze sobą, postanowiłem przyznać pierwsze nagrody obu autorom. Tak jak Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, które przyznaje Złoty Globy (najbliższa ceremonia 16 stycznia) za najlepszą reżyserię i aktorstwo w dwóch kategoriach - za najlepszy film dramatyczny oraz najlepszy film komediowy lub musical. Tym bardziej, że notki, będące zabawami literackimi były powszechne niemal w każdej odsłonie, od wierszy pisanych trzynastozgłoskowcem, przez sceniczne jednoaktówki po mikro-opowiadania jak bardzo wysoko oceniona przez jury Ośmiornica, Przemysława Kubiaka (która przypomniała mi moja własną notkę z Euro 2008, napisaną tuz po meczu Austria - Polska - Howard, amigo, posłuchaj; polecam lekturze, bowiem dziś widać jak okazała się prorocza - Hiszpania nie dość, że została mistrzem Europy to i świata, a Howard Webb sędziował i finał Ligi Mistrzów i mundialu! ;-) Ale wracając do rozstrzygnięć konkursu, drugie miejsce (już bez podziału na kategorie) jury postanowiło przyznać Tomkowi „El_cabeso” Merchutowi za Króla słońce, czyli rzecz o Nicolasie Anelce. Tym samym El_cabeso kolejny Polsportowy konkurs kończy na podium, moje gratulacje. Trzecie - Michał Zachodny za Święta hiszpańskiego kelnera. Czwarte - Rossi za Mechaniczną pomarańczę Piąte - wspomniana Ośmiornica, Przemysława Kubiaka. Jeśli ktoś myśli, że piąte miejsce jest mało ważne i się nie liczy, niech spróbuje to powiedzieć Jackowi Gmochowi (np. ujmując to tak, że Polska pod jego wodzą zajęła na mundialu w Argentynie w 1978 miejsce 5-8 - ja spróbowałem niedawno i nie polecam;-) Zapamiętajcie: zajęliśmy tam miejsce PIĄTE! Aha, ogłoszam wyniki już teraz, bo uświadomiłem sobie, że 21.00 w momencie ogłoszenia laureata Złotej Piłki będę na żywo w studio nSport. Niemniej mam nadzieję, że przecieki jak zwykle się potwierdzą, a FIFA nie wywinie żadnego numeru i nagrodą niezmiennie jest pamietnik Najlepszego Piłkarza Świata 2010, Andersa Iniesty. Jeśli to jednak będzie Xavi albo Leo Messi, sorry chłopaki, czekamy aż coś opublikuje, bo redakcja nie ponosi odpowiedzialności;p Dziękuję wszystkim uczestnikom za wzięcie udziału w konkursie, mam nadzieję, że nie zraziliście się niektórymi niepochlebnymi ocenami, co poniektórych samozwańczych recenzentów, którym wszakże dziękuję za oceny i podgrzewanie atmosfery. Na koniec jeszcze raz wszystkie nagrodzone prace i sonda, tym razem głosowanie się liczy, a stawką, jak na każdym przyzwoitym festiwalu ... nagroda publiczności. To była GwiaKoLi 2010 (i radzę Wam, już odkładać na bok co lepsze notki, żeby w mi grudniu na GwiaKoLi 2011 nie było pisania na kolanie miedzy trzepaniem dywanów a zabijaniem karpia;-)
Ostatni mecz scv78 Odprawa - Paweł, co wiemy o przeciwniku? - Karabach Agdam, czołowy zespół Azerbejdżanu, państwa graniczącego z Rosją, Gruzją, Turcją, Armenią i Iranem. Bogactwa naturalne: ropa, miedź, potas i węgiel kamienny – wyrecytował mój snajper. - …i…? – wskazałem na Rafała - PKB na 1 mieszkańca to przeszło 3600 dolarów – wyskandował na bezdechu, a ja zastanowiłem się, skąd zna takie figury stylistyczne jak „przeszło”. - Sport? – ryknąłem wskazując na Patryka - Jest! Park Narodowy Ag-gol, ze stanowiskami ptaków błotnych, 7 gatunków czapli i … - Kultura? – palec na Piotra - Alibabki śpiewały kiedyś „Batumi”! - Bzdura – krzyknąłem – Znowu jesteś myślami przy meczu z Dynamem Tibilisi! Mimo wszystko - będzie dobrze!
Mecz Gość wszedł Radkowi nakładką i Radek leży. Widać że cierpi. Współczuję gościowi – Radek nie cierpi cierpieć w samotności. Hm, współczuję całej linii pomocy rywala – Radek zdaje się być wybitnie zmotywowany do zawiązania w środku pola klubu „Cierpienie United”. Mecz się nam układa. Współpraca między formacjami przebiega harmonijnie. Czy harmonia to ten śmieszny instrument, co jak go przycisnąć, to wydaje dźwięki? O, gol! A wiecie że na ławce rezerwowych Karabachu siedzi gość, który się nazywa Aslan Kerimov? Hyhy, Aslan, zupełnie jak ten lew w „Opowieściach z Narnii”, mam nadzieję że go wpuszczą, hyhy… O słupek! O, gol! Rauf Aliyev strzelił, też ładne imię. Ciekawe jak to się zdrabnia? Mam wrażenie, że im starszy jestem, to tym szybciej czas pomyka. Dawniej weekend to było hoho! – masa czasu i wielka przestrzeń do ogarnięcia. A dziś? Teraz mamy czwartek, a nim się człowiek obejrzy, to już niedziela i w poniedziałek trzeba iść do pracy. O, gol! 3-0.
Przerwa - Panowie, dopóki Aslan grzeje ławę, to jest nadzieja. Radek dobrze, Piotrek dobrze, Junior very good, Eric - eeee… Ciśniemy, panowie, ciśniemy! W pierwszej połowie mieliśmy tylko jednego kornera! Musimy przynajmniej wywalczyć drugiego, żeby go wykonać w zupełnie inny sposób! Paweł, coś taki smutny? - Chyba sobie kupię porsche.
Mecz cd. Ten chłopak z 25-tką jest niesamowity! Rusza się jak Shakira! Waka Waka! Ech, maładiec, aż szkoda że go powstrzymaliśmy. O, gol! Paweł, kapitalnie, ale mu zeszło! Jak będzie chciał ubezpieczyć swoje porsche, to powinienem mieć jeszcze jakieś zniżki w Allianz! Jeszcze tylko trzy bramki! Będzie dobrze. Radek bardzo dobrze – w środku pola już trzech jednoczy się z nim w cierpieniu. Podchodzą do niego z wyraźnym szacunkiem i respektem. Co zrobię, gdy skończy karierę, gdzie znajdę tak charyzmatycznego kapitana? Może Patryk? Albo Rafał? Jeden rogata dusza, a drugi intelektualista (przeszło 3600 PKB… stylista). Kapitan musi umieć zjednywać sobie ludzi. Sprawdzę, który ma więcej znajomych na Facebooku. Kuźwa, nie! Aslana wpuścili… Wroaaagh! …hyhy, nie mogłem się powstrzymać. No to po frytkach chyba. O, gol! Brawo Rafał. Valerenga, Agdam, Tibilisi, ot, taki VAT mój, fulik wpisany w koszty życia…
Po meczu - Bóg był dziś Azerbejdżanistą. Azerbejdżańczykiem. …Eee…, grał w czarnych koszulkach.
Pomarańczowa rewolucja Michał Trela Pewne kopnięcia mają rangę symboliczną. Zvonimir Boban topiący nogę w pośladkach policjanta podczas zadymy na meczu Dinama Zagrzeb w 1990 roku, został uznany za metaforyczny znak końca Jugosławii. 2010 rok też przyniósł pamiętny ruch kończyną, nie mający jednak politycznego tła. Nigel de Jong ładujący nakładką w pierś Xabiego Alonso to adekwatne zwieńczenie gry Holendrów na mundialu. Gry pięknej, choć w nieklasyczny sposób. Pomarańczowi, za sprawą Berta van Marwijka, który okazał się być wizjonerem, porzucili styl, który od lat na prawie każdym turnieju przysparzał im rzesze zwolenników i... druzgocące klęski, wprost proporcjonalne do potencjału. Gdyby jego Holandia odpadła w fazie grupowej, byłaby to, co najwyżej, niespodzianka. Nie wymieniano jej w gronie głównych faworytów, bo przecież skoro Cruyff, van Basten, czy Kluivert nie potrafili dopaść pucharu, nie zrobią tego Mathijsen, czy de Zeeuw. To pokolenie holenderskich piłkarzy wydawało się być najmniej zdolnym od lat. Nie pozbawione graczy solidnych, ale nie mające wielkich gwiazd. Byli wprawdzie Sneijder czy Robben, ale ich nie tak dawno wykopano z największych klubów. Van Marwijk potrafił pójść pod prąd. Gdyby przegrał, wygnano by go bez skrupułów. Na mundialu, po każdym meczu słyszałem od ekspertów, że to nie ta Holandia, co kiedyś, że grali brzydko, schematycznie i brutalnie. Schematyczność miał potwierdzać styl Robbena, który od 1997 roku nie zdobył gola w inny sposób niż schodząc do środka, nabierając obrońców na prosty zwód i uderzając zza pola karnego. Nikomu nie przychodziło do głowy, że skoro strzela bramki w ten sposób, mając przeciwko sobie najlepszych obrońców, to coś w nim jednak musi być? Z Brazylią wygrali „przypadkiem”, bo rywale sami strzelali sobie gole. Ciekawe, czy grając z Polakami, też zaczęliby ładować bramki Julio Cesarowi? Futbol jest grą błędów, trzeba umieć je wykorzystać. Ileż to razy, gdy Polacy cudem wepchną gola, słyszymy, że „szczęście sprzyja lepszym”? Czy ten slogan pasuje tylko do plemion nadwiślańskich? Holendrzy udowodnili, że taktyką i determinacją można dojść do finału. Przez cały mundial chodziłem z wypiekami na twarzy, rodzina myliła mnie z Mariuszem Lewandowskim. Przed pierwszym meczem byłem zgorzkniały, bo myślałem, że jak zwykle będę musiał oglądać turniej, w którym Pomarańczowi pięknie przegrają. Cudownego gola, nie pasującego do tegorocznej Holandii, strzelił tylko dziadek van Bronckhorst, łączący pokolenie wielkich indywidualności z pokoleniem wielkiej drużyny. Tym ładnym akcentem skończył karierę. W finale de Jong brutalnym kopnięciem pokazał, że rywalizacja o puchar toczyła się pomiędzy różnymi siłami wszechświata. Oba narody zawsze grały pięknie i zawsze przegrywały. Hiszpanie pozostali na jasnej stronie i dopięli swego. Holendrzy przeszli na ciemną i osiągnęli więcej niż się spodziewali. Zło fascynuje, więc pan, o którego autobiografię walczę, zepsuł mi wówczas wieczór i połowę tygodnia...
Król słońce Tomek El_cabeso Merchut Udało się. Po tylu latach gry, etatowy enfant terrible V Republiki Francuskiej, Nicolas Anelka, wreszcie pojechał na mundial. Nie po tytuły, medale, statuetki i inne honory. Wybrał się do Afryki by ukoronować swoją barwną, powoli zmierzchającą karierę. Po trosze niespełnioną, ale i nietuzinkową. A brakowało mu właśnie występu na mistrzostwach świata. Bo choć w świadomości większości europejskich kibiców Anelka przewija się od 1996 roku, koło nosa przeszły mu aż trzy mundiale. Czasami, jak w roku 2006, było już naprawdę blisko, jednak zawsze pojawiały się jakieś okoliczności towarzyszące. Dlatego w roku 2010 występ w światowym czempionacie obrał sobie za punkt honoru. Nie liczyło się nic. Nic nie łechtało go tak bardzo i nie motywowało do pracy, jak myśl o grze na World Cup 2010. Nie dla Francji, rodziny, przyjaciół. Dla siebie. I marzenie spełnił. Niestety. Do RPA Anelka poleciał i zagrał. Dorabiając się przy tym rzeszy wrogów wśród, bez wyjątku, wszystkich rodowitych Francuzów, których nazwał rasistami i związkowych notabli, którzy z ust Nicolasa dowiedzieli się o sobie równie ciekawych rzeczy. Bo nawet, jeśli wina nie leży wyłącznie po jego stronie - wiadomo, że zapalnikiem w tym pirotechnicznym ładunku emocji był Raymond Domenech - Anelka był idealnym kozłem ofiarnym. A przecież ktoś za blamaż reprezentacji musiał odpokutować. Kimś trzeba było nakarmić media, kogoś spalić na stosie podsycanym miechem tak wielkim, jak bardzo niezaspokojone były ambicje kibiców. I do tego nadawał się - jak nikt inny - Anelka. Krnąbrnemu Nico, nawet, jeśli niewinnemu, zawsze przecież można było coś wyciągnąć zza uszu… Był siedemnasty dzień czerwca. Czwartek. W Polokwane Francja podejmowała Meksyk. Choć dla Les Bleus spotkanie z El Tri było meczem o wszystko, Peter Mokaba Stadium zapełnił się w liczbie niespełna 35 tysięcy widzów. Być może, gdyby do biletu dołączano adnotację o wątpliwej wyjątkowości tego spotkania, trybuny wypełniłyby się do ostatniego miejsca, a nawet zaistniałaby konieczność dodrukowania wejściówek i dostawienia ławek. Tego, co miało się stać nie przewidziała jednak nawet czarodziejska ośmiornica - Paul. Mecz nie układał się po myśli Francuzów. Zdominowani w środku pola przez podopiecznych Javiera Aguirre nie potrafili przeciwstawić im niczego, co mogłoby zagrozić bramce Oscara Pereza. W grze Tricolores widać było, charakterystyczne dla zespołów skalanych myślą szkoleniową Domenecha, bezradność i marazm. O 21:17 natężenie uporczywego brzęku wuwuzeli wzrosło. Kibice właśnie odprowadzali piłkarzy do szatni i raczej mało kto, z dmących w rozdęte plastikowe rury, zdawał sobie sprawę, że właśnie odgrywa ostatni akord reprezentacyjnej kariery Nicolasa Anelki. Wystarczyło 15 minut i kilka siarczystych słów w kierunku Domenecha, by przez całą piłkarską Francję przetoczyła się fala oburzenia. W oku cyklonu, który zdmuchnął i tak od dawna wątłą opinię o Anelce, nie było miejsca na tłumaczenia. Znów wszystkiemu winien był Nico. Dostało mu się…
Święta hiszpańskiego kelnera Michał Zachodny Cholera, więcej nie piję. Dzisiaj. Do wieczora, trochę wina jeszcze zostało na poddaszu. Która to może być godzina? Jak w ogóle znalazłem się w łóżku? To był długi wieczór. Chyba nawet to nie wino mnie tak zwaliło z nóg, ale podróż i w ogóle ostatnie dni… Muszę sprawdzić telefon, było kilka pijackich telefonów po północy i po spożyciu... ale nie mogłem znieść jak mnie krytykowali w TV – igrzyska sobie urządzili, ta banda niekompetentnych dziadów z pseudo fachowymi opiniami. Co oni wiedzą, co oni, cholera, wiedzą?! Trzynasta?! Cholera… Trzeba wstać. Gdzie jest ten telefon? Piętnaście połączeń, żadnego nie pamiętam. Ciekawe o czym ze Stevenem rozmawiałem? Ale Ryan?! To już nieźle musiałem być zdesperowany i pijany. Pewnie opisał na tym pieprzonym Twitterze, że dzwoniłem do niego po pijaku. Po co ja mu dawałem tą cholerną satysfakcję?! Zaraz, pod drzwiami powinno być świeże mleko! Przesadziłem z tym winem… Ale musiałem, zwolnili mnie, mistrza świata! Idioci… to był moment przełomowy, wspaniałe zwycięstwo, od tej chwili wszystko by się poprawiło, liga byłaby nasza, strata jest do nadrobienia! A raczej była, wywalili mnie a teraz przyjdzie jakiś patałach i wszystko co stworzyłem spartoli, na pewno. Muszę się czegoś napić. Ale syf po sobie zostawiłem… Pizza? Nie pamiętam. Posprzątam jak sam się ogarnę. Dobrze, że rodzina dopiero wieczorem przyjedzie. Po mleko… - Fat Spanish waiter, you’re just a fat Spanish waiter! Rudy gnojek. Pewnie cały dzień się czaił w krzakach żeby to krzyknąć i spieprzyć do domu. Myśli , że go nie poznałem. Idiota ubrał się w tą niebieską koszulkę małego klubiku, mieszka ulicę dalej… Tym razem nie zostawił psich odchodów, jak po przegranych derby. Pewnie pomagał mu ojciec, też jest niebieski… Przynajmniej mleko jest pyszne. Zwolnili mistrza świata… To wszystko przez dziennikarzy - ciągle pieprzą, że przyszedłem na gotowe, że dostałem najlepszy zespół w Europie, że żadne wzmocnienia nie były potrzebne. Czy oni widzieli jak ta banda niewdzięczników grała?! To ma być wygrywanie?! The Special One… Dupa zbita. On wciąż był w ich głowach, to o nim myśleli podczas wspaniałego wykładu o słabych stronach Lazio popartych obszernymi statystykami i genialną prezentacją, którą zrobiłem w powerpoincie… I przegraliśmy, oczywiście. Potrzebne były wzmocnienia, miałem już na oku kilkunastu piłkarzy, byłem dogadany, oferty powinny pójść jeszcze pierwszego dnia po podpisaniu kontraktu. Akurat mi powiedzieli nie i pierwszy kryzys, kilka urazów i już musiałem stawiać na ‘talenty’ z akademii. Nic dziwnego, że przegrywaliśmy. Ich wina, nie moja. Telefon! Cholera, czemu zostawiłem go na górze?! Pewnie żona. Nie mam ochoty teraz się tłumaczyć dlaczego nie pojadę po nich na lotnisko. Już odbieram, cholera. O, agent Manu, pewnie chce procent od tego co dostałem od Interu… - Rafa? Jeszcze jesteś w Liverpoolu? Wiem, że to trochę szybko, ale mam dla Ciebie ofertę… Dwóch szejków chciałoby się z Tobą spotkać… Wracam, cholera, wracam do gry, jeszcze im wszystkim pokażę!
Mechaniczna pomarańcza
Rossi Bezkompromisowy, ofensywny futbol łączący ze sobą siłę potężnego tornada i świeżość morskiej bryzy. Dla pomarańczowych chłopców spektakl wydaje się kwestią nadrzędną. Sprawiają wrażenie, jakby walory estetyczne górowały nad kunktatorstwem i pedantyczną dbałością o korzystny wynik. Chętnie raczą widzów wyrafinowanymi akcjami ofensywnymi, w których kilku piłkarzy wymienia piłkę z niezwykłą szybkością i lekkością. Do każdego turnieju wnoszą olbrzymią działkę fantazji. Dla młodego kibica, którego świadome piłkarskie życie rozpoczęło się w 1998 roku, Holandia to bohater romantyczny doświadczający spektakularnej śmierci na ostatniej prostej. Obok genialnych, zakręconych podań Bergkampa i jego fantastycznej bramki z Mundialu’98 czy rajdów Robbena z 2004 roku mam w pamięci porażki z Czechami czy Rosją w najefektowniejszych meczach ostatnich lat. Gdzie szukać przyczyn tej klątwy? Holendrzy nigdy nie grali następnymi meczami, nie szafowali sił. Czarowali futbolowych estetów, pogrążali wielkich tytanów po to, by chwilę później chwalebnie polec na boisku. Ich najpiękniejsza cecha nagle pokazywała swoje zgubne oblicze. Potencjał mają ogromny. W środku pola piękną melodię grają wielofunkcyjni reżyserowie gry Wesley Sneijder i Rafael van der Vaart. Na skrzydle dzieli i rządzi genialny indywidualista Arjen Robben. Wszyscy trzej mogą czuć się wygranymi tego sezonu. Ubiegłego lata Real Madryt pozbył się bez żalu Robbena i Sneijdera. Teraz obydwaj smakują tego, o czym ich niedawny pracodawca marzy zaciekle. Zostali już mistrzami Niemiec i Włoch, za chwile zagrają w wielkim finale Ligi Mistrzów. Są liderami nowych drużyn i autorami najbardziej magicznych momentów tej edycji LM. Natomiast van der Vaart został w drużynie Królewskich i przez wielu był skazywany na permanentne przesiadywanie na ławce rezerwowych. W trakcie sezonu skutecznie przypomniał, że za czasów gry w HSV był jednym z najbardziej perspektywicznych rozgrywających na świecie. Dodając do tej trójki głodnego gry van Persiego czy niezwykle pracowitego Kuyta wychodzi nam obraz ofensywy idealnej. Kibice Oranje liczą też na Huntelaara. W rozgrywkach ligowych raził głównie ślepakami, ale w innym otoczeniu może być już bramkostrzelną strzelbą. Tradycyjnie już na wielkich turniejach holenderska szkoła przedstawia światu przynajmniej jedną gwiazdeczkę własnego autoramentu. Według mnie w tym roku będzie to Gregory van der Wiel. 22-letni prawy obrońca Ajaxu Amsterdam ma szanse stać się europejską wersją Daniego Alvesa. Jeżeli Bertowi van Marwijkowi nie zabraknie odwagi i postawi na żółtodzioba z Ajaxu, możemy mieć do czynienia z zabójczą, ponaddźwiękową parą Robben - van der Wiel na prawym skrzydle. Czy nadchodzi właśnie idealny czas na sukces? Młodzi-gniewni stali się dojrzałymi przywódcami, obok goryczy niespełnienia znają też smak triumfu. W drużynie panuje idealna równowaga -obok artystów pierwszoplanowe role odgrywają rzemieślnicy. Zbliżający się Mundial będzie dla nich wielkim testem.
Ośmiornica Postawny mężczyzna powolnym, ciężkim krokiem przemierzał korytarz jednego z najbardziej luksusowych hoteli w Johannesburgu. Jego ruchy były spokojne i wyważone, wiedział gdzie idzie, zdawał sobie sprawę z wagi odpowiedzialności ciążącej na jego barkach. Przystanął przed drzwiami za którymi znajdował się jego cel i spojrzał na zegarek. Kwadrans po dwudziestej. Wszystko się zgadzało. Król nie tolerował spóźnień. Zanim zdążył zapukać drzwi otworzył wytwornie ubrany lokaj.
poniedziałek, 10 stycznia 2011, francuski_lacznik
Komentarze
2011/01/10 18:57:08
Świetne wybory jury, miło, że i mój tekst też tam gdzies się zakręcił na podium :-)
Zwycięzcy jak najbardziej zasłużeni, gratulacje! MZ 2011/01/10 19:05:16
Mam stan przedzawałowy! Dziękuję Panie Michale, dziękuje jury. To niewątpliwie największy sukces w mojej króciutkiej przygodzie z pisaniem! Gratuluję wszystkim uczestnikom, zwłaszcza współzwycięzcy, którego tekst najbardziej mi się podobał.
2011/01/10 19:08:20
Wyrok iście salomonowy - będzie dla mnie pocieszeniem w trudnym czasie grypy żołądkowej, która wybrała mnie akurat na swego pazia i której słuzę w głębokim pokłonie:)
Gratuluje wszystkim wyróżnionym, no i sobie też - zasłużyliśmy Panowie:):):) 2011/01/10 19:08:34
@scv78 @Michał Trela
Gratulacje! Zasłużyliście na wygraną i nagrodę : ) Spośród laureatów dwóch jeszcze nie miałem w swoim czytniku RSS - jakkolwiek to zabrzmi, to moje wyróżnienie dla najlepszych moja notka została dość ostro oceniona (jako streszczenie - Bayernu zemsta po latach), czego się spodziewałem po pierwszych dwóch odsłonach. mimo to cieszę się, że wystąpiłem w tym gronie i spróbuję w kolejnej, mam nadzieję zdecydowanie ciekawiej Z linii bramkowej 2011/01/10 19:11:39
Gratuluję zwycięzcom i dziękuję wszystkim za współudział w GwiaKoLi, a Tobie Michale za wspomnienie o mym trzynastozgłoskowcu, no i do zobaczenia w dzisiejszym PPP ;-) Pozdrawiam.
2011/01/10 19:19:31
Teraz, gdy już opadł kurz rywalizacji, możesz Michale wyjawić kim byli członkowie jury?? ;
Bardzo mnie to intryguje. Dzięki za umiejscowienie mojego tekstu na podium :) 2011/01/10 19:34:17
Również spieszę z gratulacjami. To zaszczyt mieć takich następców ;)
Scovronowi, autorowi bezsprzecznie najlepszego tekstu literackiego, panegiryk popełniłem pod stosownym adresem, Michałowi Treli i Tomkowi Merchutowi - autorom dwóch najlepszych artykułów dziennikarskich - nie, ale zgadzam się, że miejsca zasłużone. Szkoda, że Artur Wiśniewski nie napisał swojego tekstu trochę inaczej, bo i on zapewne znalazłby się wśród wyróżnionych. 2011/01/10 20:09:04
Messi wygrał, ale jaja ;) Naprawdę Xavi zasługiwał bardziej, bo jest naczelnym kelnerem reprezentacji i Blaugrany albo Iniesta za symboliczny gol na mundialu i dzielną walkę z kontuzjami. Messi to osobna liga i jemu powinno się dawać co roku złotą piłkę, ale jako oscar za całokształt, a nie najlepszą rolę męską. Nie cierpię tego, co zaraz napiszę, ale jednym wyrazem ukutym przez dzieci neo: LOL.
Wierny kibic FCB, Visca el Barca! 2011/01/10 20:38:34
Ośmiorniczka najlepsza:) Zapraszam do lektury na swojego bloga: kolejowyblog.wordpress.com/
2011/01/10 20:56:06
Dzięki wielkie za punktowane miejsce i za pozytywne komentarze na temat mojego tekstu. Gratuluję zwycięzcom - świetna robota, chłopaki:)
2011/01/10 21:16:31
Serdeczne gratulacje dla laureatów, cieszę się, że jeden z wygranych jest z ,,[a="pubsport.pl/konkursowo3-miesiace-pubsportu/ mojej stajni" [/a] która obchodzi dziś ,,rocznicę" - istnieje trzeci miesiąc :)
|
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie |
Michał, jaka jest przewidziana nagroda za pierwsze miejsce, skoro jest jedna książka? Albo któryś z panów dostanie książkę, a drugi to coś, albo jeden będzie miał połowę książki z autografem Andresa, a drugi tę z zakończeniem ;)