Blog > Komentarze do wpisu

Najważniejsza wygrana Johna Hartsona

- To był koszmar. Jeszcze nie wyszedłem „z lasu”, przede mną wciąż kilka przeszkód do przeskoczenia. Ale wciąż jestem tu z wami i wciąż walczę! - deklaruje John Hartson. Była gwiazda Celtiku Glasgow (ponad 100 goli we wszystkich rozgrywkach), Arsenalu i West Ham, właśnie wydobrzała na tyle po ostatniej operacji mózgu, by, nie bacząc na wygląd, móc wybrać się do telewizji i w programie BBC skomentować mecz Pucharu Anglii Stoke City - Arsenal. A przy okazji opowiedzieć o swojej walce z nowotworem. Warto posłuchać wstrząsającej relacji człowieka, którego w pewnym momencie lekarze nie chcieli już leczyć, ale utrzymywać przy życiu, by zrozumieć, że nigdy nie wolno się poddawać. I że nie wolno lekceważyć żadnych sygnałów...

Pękło mi serce tam na szpitalnym parkingu. To był zwykły dzień, a ja siedziałem w moim wozie i łzy nie chciały przestać mi lecieć. Mój lekarz wysłał mnie do szpitala i tam właśnie usłyszałem diagnozę. W końcu zadzwoniłem do Sarah, wtedy mojej dziewczyny, a dziś żony i powiedziałem jej tą wiadomość. Zaczęliśmy płakać oboje. To co od dawna przeczuwałem stało się faktem. Miałem raka - wspomina na łamach „Guardiana” ten lipcowy dzień 2009 roku.

Przeczuwałem, że właśnie taki wyrok usłyszę. Cztery lata wcześniej poczułem zgrubienie na jądrze i od tego czasu wyobrażałem sobie taką sytuację, że lekarze informują mnie w gabinecie co to jest. Dlaczego przez tyle lat nie wybrałem się do lekarza, żeby mnie zbadał i rozwiał wątpliwości? Z głupoty, dziecięcego przekonania, że „to na pewno nie to”, braku odwagi, żeby zmierzyć się z chorobą. Po prostu liczyłem, że sprawa sama się rozwiąże. Ale guz niestety rósł...

Nie tylko rósł, ale rozprzestrzeniał się katastrofalnie. Do płuc i mózgu. Pewnego dnia poczułem obezwładniający ból głowy, który trwał nieprzerwanie przez cztery dni. Niczym nie dawało się powstrzymać bólu. Poprosiłem siostrę, żeby zawiozła mnie do szpitala. natychmiast przewieziono mnie na odział neurologiczny. Na szczęście był taki w Swansea i nie trzeba było wieźć mnie do Cardiff. Powiedziano mi później, że podróży do Cardiff nie przeżyłbym. Przeżyłem za to dwie operacje mózgu i pobyt na oddziale intensywnej terapii. Przyplątało się jeszcze zapalenie płuc. W pewnym momencie przestałem oddychać. Przywrócono mnie do życia przy pomocy respiratora. Przez miesiąc zamiast leczyć raka, starano się po prostu utrzymać mnie przy życiu. Kiedy już byłem gotowy, rozpoczęła się intensywna chemoterapia. 67 sesji w trzy miesiące.

W tajemnicy wzięliśmy z Sarah ślub. Była wówczas w ósmym miesiącu ciąży. Byli z nami tylko kuzyn i jego żona. Niestety o małżeństwie napisał „Sunday Mirror”. Nie chcieliśmy, żeby rodzina dowiedziała się w ten sposób o naszej decyzji, ale mieliśmy swoje powody. Wkrótce miało urodzić się dziecko, a mnie czekały kolejne operacje.

Kolejna, sześciogodzinna - płuc, już za dwa tygodnie. Po miesiącu drugiego płuca. W maju kolejna operacja mózgu, żeby wyczyścić pozostałe guzy. Ciężka sprawa, ale powtarzam sobie, że najgorsze mam już za sobą. Mam pewność, że ten najgorszy rak już się wycofał. Kiedy mój onkolog oznajmił nam to, płakaliśmy  i rzucaliśmy się sobie w ramiona w jego gabinecie jak dzieci. Choć oczywiście zdaje sobie sprawę, że niebezpieczeństwo, że wróci, pozostaje. Może gdybym miał 75 lat, nie podjąłbym tej walki. Ale mam 34. Moje dzieci mają 10 lat, siedem i 17 miesięcy, a moja najmłodsza córka jeszcze się nie urodziła. Chciałem patrzeć jak rosną, chciałem je wychowywać. Któregoś dnia, kiedy zabrałem dzieciaki na basen, pomyślałem sobie: to jest to, co chce robić! chcę żyć!

Wygadałem w przeszłości różne bzdury, robiłem głupie rzeczy. Zabrało to trochę czasu, ale dorosłem. Potrzeba było kilku małżeństw, czwórki dzieci i choroby, ale wreszcie zrozumiałem co jest ważne. Niedawno założyłem John Hartson Foundation, która będzie pomagać młodym ludziom uniknąć moich błędów. Pomagają mi w tym Ryan Giggs i Martin Johnson. Gdybym cztery lata temu usłyszał historię kogoś takiego jak ja, natychmiast zgłosiłbym się do lekarza.

Niczego się już nie boję. Nie jestem specjalnie religijny, ale wierze w Boga. Czuję, że o mnie zadbał. Miałem wspaniałą karierę, zdobyłem ponad 200 goli. A teraz jeszcze mam to szczęście, że ciągle tu jestem. W życiu trzeba mieć szczęście we wszystkim: kiedy się idzie na rozmowę o pracę, przy przechodzeniu przez jezdnię. Miałem cholerne szczęście i oby tak było nadal...

 

 

wtorek, 26 stycznia 2010, francuski_lacznik

Komentarze
2010/01/26 16:57:46
K-O-Z-A-K !!! Powodzenia i zdrowia JOHN!
-
2010/01/26 17:20:36
Są rzeczy ważne i ważniejsze. Ta jest z tych najważniejszych. Michał, ważny tekst. Sport to nie tylko sport.. To przede wszystkim część ŻYCIA.
John, trzymaj tak dalej!
-
2010/01/26 17:21:44
KOZAK, KOZAK ... ! POWODZENIA John !
-
Gość: student medycyny, aajg206.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/26 19:11:44
życze szybkiego powrotu do zdrowia, a może nawet i do sportu, tak aby doczekał Pan co najmniej ślubu najmłodszej córeczki ;) . Trzymam za Pana Kciuki...
-
Gość: god-is-a-red@gazeta.pl, acrb249.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/26 20:01:18
Nic tylko życzyć powodzenia, Hartson rozgrywa ważny mecz...
-
Gość: , acgt246.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/26 21:05:40
Pamiętam jak wczoraj, kiedy razem z Żurawskim grali w Celticu.. Obrońcy się go bali, kawał chłopa z niego, a tu taka tragedia. Trzymaj się John !
-
2010/01/26 22:54:42
kogis
Piękneś słowa zapodał. Nic dodać, nic ująć.
-
Gość: przemek rudzki, 94.75.121.*
2010/01/27 00:17:53
niesamowity facet, pamietam kilka lat temu, hotel Hilton, w ktorym piłkarze Celticu mają zgrupowania, pracowalismy Michal razem w upadlym pozniej Nowym Dniu, a ja odwiedzalem Boruca w Glasgow. On powiedzial, ze jesli chce, moge zrobic z Johnem wywiad. Ze wystarczy slowo, ale Hartson tam stal z jakas rodzina, obcy ludzie, dla niego obcy, ale traktowal ich jak swoich. Bral na rece ich dziecko, usmiechal sie, w ogole nie wygladal jak jakis fighter, tylko normalny gosc, stroil miny do tego niemowlaka; zawsze boli jak sie czlowiek dowiaduje, ze ktos tak mocno przegrywa z choroba, ale pomyslalem sobie, kiedy przydarzylo sie to Hartsonowi, ze jesli on, to naprawde moze byc juz kazdy. Ostatnio nawet myslalem co sie z nim dzieje, zaczalem sprawdzac w internecie, czy z tego wyszedl, ale pewnie zdaje sobie sprawe, ze to dopiero poczatek walki. pozdrawiam.
-
2010/01/27 01:08:28
świetny i bardzo ważny tekst.
-
2010/01/27 08:14:32
Może przesadzam, ale czy to aby nie kolejny, który dopiero(!) w obliczu śmierci znajduje motywację, do przeproszenia za swoje błędy?
Choroba-chorobą, współczuje mu i podziwiam, że podejmuję walkę. Ale nie będę się rozczulał nad Hartsonem. Na boisku wiele razy zapominał o swojej chorobie i przynajmniej kilku przykazaniach...

-
2010/01/27 11:06:47
BEST OF LUCK AND KEEP THE FAITH JOHN !!!
-
2010/01/27 12:11:18
@przemek rudzki
Hej, dzięki za wspomnienie! Masz rację, nikt z nas nie zna dnia ani godziny...
ps:
abstrahując od Hartsona, pamiętam tamten Twój wyjazd, bo była chyba pierwsza delegacja z ND gdziekolwiek. Miałeś farta bo to był wówczas naprawdę fajny Celtic, z kupą fajnych, silnych facetów jak właśnie John, teraz to żal na nich patrzeć...
-
2010/01/27 12:21:44
W uznaniu twardości, proponuję przyznać Mu tytuł polskiego piłkarza ręcznego honoris causa
-
Gość: Ruf, dynamic-62-87-247-11.ssp.dialog.net.pl
2010/02/01 12:01:34
Gratulacje i powodzenia!
sport.pl
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
@napisz do mnie


<