|
Blog > Komentarze do wpisu
Akcja: koszulka za akcję!
Nie wiem czy wiecie, że Ireneusz Jeleń (najprawdopodobniej od pierwszych minut w ataku), Robert Lewandowski (z treningów wygląda, że na prawej stronie jak w Lechu), Marcin Wasilewski (jeśli Leo Beenhakker nie zaczyna ustalać składu od niego, to naprawdę już nie wiem, od kogo) i spółka wybiegną na mecz przeciwko Irlandii Pn. w Belfaście w nowych strojach Nike'a. Stroje są obcisłe, dzięki czemu rywali nasze chłopaki będą mogły straszyć rywali 'brzuszkami-sześciopakami', a też ciężko będzie ich złapać za te koszulki (choć przecież Jelenia i tak mało kto dogoni).
Nowych koszulek na razie jest w Polsce tylko 100. Dostali na razie tylko kadrowicze (nie szybko trafią do sklepu) i… dzięki uprzejmości firmy Nike, autor Polsportu, który już tradycyjnie przeznacza ją dla jednego ze swoich ulubionych czytelników. Koszulka wygląda tak (tylko bez numeru, bo ta należy do Kuby)…
…i żeby ją dostać należy wziąć udział w akcji: 'koszulka za akcję', czyli opisać mi tu na blogu po blogersku, dziennikarsku czy literacku którąś z akcji w wykonaniu reprezentantów Polski, która najbardziej zapadła Wam w pamięć, śni się słodko do dziś, albo na myśl o niej zgrzytają Wam zęby. Wszystko jedno czy zakończona bramką Smolarka, Olisadebe czy Dziekanowskiego czy też paradą Boruca, Dudka, Młynarczyka czy Tomaszewskiego. Ma być jedna 'złota akcja'. Stronniczego wyboru najlepszej akcji dokona stronnicza komisja, do której powołałem Miszę Szadkowskiego, z którym warujemy we Wronkach. Aha, nikogo z zabawy nie wykluczam, ale uprzedzam, że koszulka jest naprawdę obcisła i jeśli ktoś zamiast 'kaloryfera' ma z przodu brzuszek 'piwny' to może być kłopot... No to do dzieła!
środa, 25 marca 2009, francuski_lacznik
Komentarze
Gość: Zolner, aaek67.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/25 15:33:08
17 października 1973 roku. Chociaż, wtedy nawet moi rodzice nie wiedzieli, że kiedyś się narodzę, lubię wracać do tego dnia. Ha! a kto nie lubi... Można by znów przypomnieć, jak padła ta niezwykła bramka, ale po co? Jestem pewien, że każdy czytający ten blog doskonale ją pamięta i będzie pamiętał. A najbardziej pan Jan Domarski i ... Peter Shilton (bramkarz angielski). Tak więc raz jeszcze. Czy tamci zawodnicy zdawali sobie sprawę, że po dziś dzień, mecz ten, a w szczególności ten wspaniały moment, będzie przypominany latami ? Wiedzieli czy nie... wszystko jedno. Ale jak pięknie będzie za dwadzieścia lat dalej o niej mówić. I może znów przy okazji jakiegoś konkursu. Pozdrawiam
Gość: piotrekm128, a121.connectit.pl
2009/03/25 16:13:00
11.10.2006 Oczywiście !!! Swietne zachowanie pawła golańskiego i Kuby Błaszczykowskiego wywalczajac aut, szybkie wzwnowienie kuba zagrywa w uliczkę do Maćka Żurawskiego, ten świetnie dośrodkowuje do Ebiego Smolarka ten fantastycznie odgrywa do Mariusza Lewandowskiego ten mocnym plasowanym świetnym strzałem strzela, Ricardo odbija w bok, a tam Ebi Smolarek po zrobienia kilku skoków jest przy piłce i dobija piłkę do brami obok rozpaczliwie interweniującego Ricardo I 1:0 dla POLSKI !!!!!1
Mam nadzieje ze moja interpretacja akcji Polaków w czemu z Portugalią się spodobała Dziekuję. Ps. Napisałem tą ,,akcje,,gdyz po przeczytaniu na tym serwisie tego newsa chciałbym miec tą koszulkę gdyż jestem kibicem reprezentacji polski a nigdy naszej koszulki nie miałem.../niestety 2009/03/25 16:19:41
13 X 2004 r. Na stadionie w Cardiff Walia podejmuje Polskę. Niecałe 20 minut do końca meczu, po bramce Earnshawa przegrywamy 0;1. Polacy nie mogą przebić się przez gęste zasieki walijskiej obrony, agresywne, wyspiarskie kłącza niweczą co chwilę coraz bardziej desperackie próby biało-czerwonych. Twardzi, nieprzebierający w środkach obrońcy powoli odbierają naszym graczom chęć do gry... Gdy nagle nadchodzi 72 minuta gry. Głęboko cofnięty Jacek Krzynówek prowadzi piłkę wzdłuż linii środkowej, w odległości kilkudziesięciu metrów od bramki walijskiej. Rzućmy okiem na plan całego placu gry. Z pozoru sytuacja nie wydaje się odpowiednia, by skutecznie użądlić rywala. Obok Jacka biegnie trzech naszych graczy, żaden jednak jest od niego ewidentnie lepiej ustawiony , żaden nie wykazuje wielkiej ochoty, bu piłkę otrzymać- na podanie więc nie zasługują. Przed Krzynówkiem leniwie biegnie Sebastian Mila, jednak perspektywa skazania wątłego pomocnika Groclinu na starcie z najagresywniejszym człowiekiem na stadionie Millenium Stadium Cardiff - Robertem Savage'm skutecznie odstrasza lewonożnego bombardiera z orzełkiem na piersi do podjęcia tej decyzji. Ponieważ futbol to dynamiczny sport, więc po chwili otwiera się kolejna opcja zagrania piłki, o dziwo jeszcze bardziej ryzykowna od poprzedniej. Z narożnika pola karnego, w kierunku osi symetrii boiska przesuwa się mała postać, niestety słabo dostrzegalna pośród potężnie zbudowanych stoperów walijskich. To Tomasz Frankowski, bramkostrzelny napastnik krakowskiej Wisły, dysponujący iście lilipucimi gabarytami. Polski skrzydłowy z lekkim wahaniem posyła podciętą piłkę niczym tenisowy slajs w kierunku drobnego napastnika. Pilka dociera do Frankowskiego, a ten fantastycznym przyjęciem radykalnie zmienia jej kierunek lotu, pozbywa się wnikliwie pilnującego go defensora i znajduje się w dość klarownej pozycji do oddania strzału. Świetny, efektowny strzał w prawy dolny róg bramki pomiędzy nogami desperacko interweniującego stopera wyspiarzy rozpoczyna lawinę szczęśliwych dla nas chwil. 18 minut pozostałych do końca okazuje się wystarczającymi, by zapakować przeciwnikom kolejne dwa gole i wywieźć niezwykle cenne trzy punkty z trudnego terenu zbliżające nas do Mundialu 2006.
Dlaczego akurat ta bramka? Mecz z Walią był niezwykle emocjonujący i obfitował w gole. Polacy w pierwszej połowie grali słabo, więc liczyłem po cichu na punkt zwrotny,nawet przypadkową bramkę, która uskrzydli naszych husarzy. Losy meczu odwróciła wspaniała bramka Frankowskiego, pokazująca Europie wszystkie jego zalety- spryt, technikę. Głęboko w pamięć zapadły mi te cudowne gole i comeback biało czerwonych. I wreszcie - zawsze darzyłem Frankowskiego ogromną sympatia i estymą. 2009/03/25 16:21:58
Michał, można słać na maila? I podejrzewam, że "na litość" nie jest dobrą taktyką :]
2009/03/25 16:22:23
Mnie najbardziej zapadła w pamięć akcja Błaszczykowski-Brożek w meczu Polska-Czechy na Stadionie Śląskim (11.10.2008). Akcja, której mózgiem (albo raczej nogami;), był Kuba Waleczne Serce:). W niewiarygodny sposób mijał kolejnych rywali, którzy bezskutecznie starali się go powstrzymać; gdy już wydawało się, że Kuba zaraz się przewróci, on jednak utrzymał się na nogach (w końcu tylko Kuba swoją grą jest w stanie powalić rywali na kolana, na pewno nie oni jego;). Po podaniu Kuby Paweł strzelił przepieknego gola zza linii pola karnego. Radość Kotła Czarownic, sztabu, no i Beenhakker triumfujący. Bezcenne:)
2009/03/25 16:24:19
Najlepsza akcja to taka, której nie da się opisać.
Spróbuję jednak jakąś przytoczyć, żeby nie pozostawiać pustego miejsca. Portugalia - Polska, 2:1, końcówka meczu. Krzynówek dostaje piłkę na prawym skrzydle, jakieś 30-35m od bramki, zbiega do środka, drużyny ustawiają się, żeby być gotowym w razie ewentualnej wrzutki/podania/dryblingu. Cała Polska krzyczy "Tylko teraz tego nie zmarnuj i nie strzelaj idioto!" No i strzelił. Tego, co działo się po bramce nie pamiętam, za to na zawsze w pamięci mam jedynie ten żal, złość, zdziwienie portugalskiego bramkarza. Ricardo do dzisiaj ma pewnie lekki ból w plecach, jak sobie przypomni, jak ślicznie mu się piłeczka odbiła. 2009/03/25 16:28:08
14.06.2008 Polska - Austria 1-1 EURO 2008
Indywidualna akcja Krzynówka, podanie do Ebiego Smolarka, ten dośrodkowuje w pole karne do Saganowskiego, "Sagan" do Rogera, który wprawdzie strzela gola ze spalonego, ale jednak ;). Po 30 minutach "Obrony Częstochowy" - fantastycznych paradach Boruca, Polska wychodzi na prowadzenie. Jednak wszyscy pamiętamy jak to się skończyło. Jednak akcja wspaniała.
Gość: Lider, chello089077131165.chello.pl
2009/03/25 16:36:36
87.minuta meczu Portugalia - Polska. Gol do szatni Mariusza Lewandowskiego dawał biało-czerwonym sensacyjne prowadzenie do przerwy, ale druga połowa należała do gospodarzy. Najpierw Maniche, a później genialny Cristiano Ronaldo wyprowadzili Portugalię na prowadzenie. Nic nie zapowiadało aby taki stan rzeczy miał się zmienić. I ta 87.minuta też tego nie zapowiadała. Jacek Krzynówek z piłką przy nodze bezradnie się rozglądał przy kolejnej nie zapowiadającej rewelacji akcji. Zdecydował się jednak na odrobinę szaleństwa. Silny strzał z dystansu omija kolejno portugalskich piłkarzy i trafia w słupek po czym dobija się od Ricardo i ląduje w siatce. Co musiał czuć bramkarz reprezentacji Portugalii gdy piłka odbiła mu się od łopatki? Tak niefortunna interwencja nie obciążała jego konta, ale czemu nikt nie zablokował tego strzału? Krzynówek znalazł korytarz pomiędzy pięcioma piłkarzami rywali. Jeżeli czegokolwiek mieli się obawiać nasi rywale to właśnie lewej nogi Krzynówka. Tą nogą potrafił uderzyć niezwykle mocno o czym przekonał się chociażby Iker Casillas w Lidze Mistrzów. Tą nogą dał nam niezwykle cenny punkt, który był znaczącą cegiełką w historycznym awansie na Euro. Dał tym samym szczególną radość pokoleniu, które nie miało okazji oglądać reprezentacji w jej najlepszych czasach. Był to promyczek nadzieji, że Polska potrafi grać z najlepszymi na świecie bez kompleksów i walczyć do samego końca.
Gość: tommasso, host187.ip-p14.gni.pl
2009/03/25 16:42:21
87 minuta przy stanie 2:1 dla Portugalii. Rzut wolny dla Polski, Lewandowski do Krzynówka, obiega go Błaszczykowski, ale Jacek zbiega do środka, Lewandowski czeka na podanie, ale Krzynówek decyduje się na strzał z lewej nogi, piłka mija obrońców Portugalii, odbija się od słupka, ręki Ricarko i wpada do bramki!!! GOOOOOOL!!! Tylko on mógł coś takiegozrobić! Jacek Krzynówek! Kropnął nie do obrony! POLSKA 2, PORTUGALIA 2! A Portugalczycy upokorzeni płaczą, coś niesamowitego, zremisować mecz, który mieli wygrany w pół minuty! Brawo, brawo, brawo!
Gość: Mag, adet68.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/25 16:51:50
O meczu tym opowiadal mi niedawno Ojciec mówił że dzisiaj już nie ma tej atmosfery takich komentatorów jak Jan Ciszewski Opowiedzial mi o meczu Polska-Włochy w 1974 i o akcji Kazimierza Deyny z Andrzejem Szarmachem powiedzial mi że była to najwspaniajsza bramka jaką widział .Nie mogłem dac wiary w jego słowa i potraktowałem je z przymróżeniem oka.Jednak pare dni poźniej natknołem się na te akcje z orginalnym komentarzem.Coś niesamowitego przepiękne dośrodkowanie wszystko widzącego Kazimierza Deyny i niesamowita Głowka bodajże z 16 metra Andrzeja Szarmacha,piłka wpada do siatki a Jan Ciszewski krzyczy gol mimo że od tamtgo wydarzenia mineło 35 latta akcja nadal robi niesamowite wrażenie,a ja zaczynam rozumiec Ojca który czasami z nostalgia wspomina tamte złote czasy polskiej piłki
Gość: cham, chello089077241040.chello.pl
2009/03/25 16:53:21
Panie Michale!
Kilka dni temu wysłałem do Pana pytania w związku z wywiadem dla portalu manusite.pl Mam nadzieję, że nie rozmyślił się Pan, a powód dla, którego nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi jest zwykły brak czasu:)
Gość: American_Soldier, dynamic-78-8-117-191.ssp.dialog.net.pl
2009/03/25 17:11:02
Rok 2006 był rokiem dziwnym, kiedy to przeróżne znaki w prasie, w mediach, a także ogólne poruszenie ludu zdawało się zwiastować wydarzenia przedziwne, acz pomyślne dla uciskanej przez wieki Rzeczpospolitej. Rzeki obfitowały w ryby, żniwa, słabe zazwyczaj plony w tymże roku najśmielsze oczekiwania przeszły, bydło wesoło ryczało po zagrodach, a wiosna piękniejsza niż zazwyczaj zapleniła w ludzkich umysłach błogi spokój, radośc i nadzieję, na zbliżające się kolejne miesiące. Nadszedł październik... Rozkwitająca Rzeczpospolita, przez dwóch braci ku glorii i chwale dążąca, zaczęła się raz po raz dziwnie trwożyć i niespokojne oczy na daleki zachód zwracać, bo jak mawiali najstarsi górale, stamtąd łątwiej niźli skądinąd mogło nadejśc niebezpieczeństwo. Bo taka to już była ta ziemia z dawien dawna przez Mieszka ochrzczona. Były miesiące gdzie nic nadzwyczajnego się nie działo, jeno chłop jeden z drugim się o granice gospodarstwa procesował, albo w stolicy pomniejsze kłótnie wybuchały w sejmie. Nie było jednak innych potyyczek nad te wspomniane. Teraz jednak było inaczej: jakieś dziwne wieści przelatywały od wsi do wsi, od miasta do miasta. Od Bałtyku po Tatry szeptano sobie o zastępach groźnych ludów zachodnich Portugalczykami zwanych, pod dowództwem boga wojny Pana Scolariego, któren to w czasach dawniejszych, mówiono, jednym uderzeniem pięści położył pod Lizboną pana Dragutinovića, wojownika przesławnego... Wiatr z wieczora na wieczór śpiewał w drzewach swą pieśń załosną, ludzie po nocach gromadzili się, nad zbliżającymi się wydarzeniami rozprawiając. Wielkie deszcze przelały się przez województwa ślaskie i opolskie co łatwo sobie starsi ludzie za zbliżajace walki krwawe poczytali. Coś więc gotowało się naprawdę, chociaż sami Polacy nie do końca wiedzieli zgoła co takiego...
Niepokój ów przedarł się i za mury PZPN-u gdzie w spokojnych gabinetach zacisznych mianowano naczelnym dowódcą armii polskiej imć Beenhakera herbu Tulipan, o którego to dwanych zasługach opowiadali sobie czasem starsi ludzie we wschodnich województwach. "Ten to królewskie zastępy prowadził, co teraz za najlepsze na swiecie ludzie łacno sobie wszyscy poczytują" "Prawda to jest, żyć i umierac z takim wodzem" - wtórowali inni... Nadszedł 11 października, roku Pańskiego 2006. Nad polem bitwy, stadionem ślaskim przez niektórych zwanym od rana burza rozszalała się na dobre, wicher gnał coraz to nowe zwały chmur i co bardziej doświadczeni dawni znakomici wodzowie bitwę z boku majacy oglądać na przemian z niepokojem, a to usmiechem na twarzy rozprawiali o owych zawirowaniach natury. "Powiem waćpanom: widziałem ja naszych żołnierzów, kiedyśmy na stadion wchodzili i więcej między nimi kpów, aniżeli dobrych pachołków" - mówił pan Piechniczek, a wtórowali mu inni panowie regimentarzowie i ksiażęta, jak pan Kolator, pan Strejlau i książe warszawski pan Listkiewicz. "Co też waść gadasz" - obruszył się Pan Gmoch, strateg przesławny, który dawnymi czasami znacznymi zasługami się odznaczył." Toż to najprzedniejszy żólnierz jakiego miała kiedykolwiek Rzeczpospolita. Pan Żurawski - w bitwach celtyckich wojownik zaprawiony, czy tez Pan Smolarek, co jego ojciec przed laty dwudziestu zasłużył się dla ojczyzny wielce. Albo i Pan Rasiak herbu Dąb szypułkowy, to chłop wzrostu tak wysokiego, ze prawie powały sięga, walczył i on dzielnie w bitwach angielskich." Naraz cisza nastała. Pan Piechniczek jedynie, płaszcz zarzucił mocniej na plecy i burknął: "późno już"...
Gość: American_Soldier, dynamic-78-8-117-191.ssp.dialog.net.pl
2009/03/25 17:16:52
Owóż i nastała pora wielkiej bitwy. Widocznym teraz było jak stoja szyki dwóch wrogich armii. "Jezus Maria. Co to jest?"- krzyknął pan Gmoch widząc szyk bojowy wojska portugalskiego. Wiatr roznosił krzepiące okrzyki wielkiej rzeszy gapiów, lecz nagle potężne głosy co bardziej doswiadczonych w bitwach wodzów podchwyciły pieśń oczy mrużąc, ręce na piersiach kładąc:"Jeszcze Polska nie zginęła", a całe wojsko śpiewało dalej:"Póki my żyjemy." Bitwa rozpoczeła się...
Pułki portugalskie gdzie Pan Ronaldo z Manchesteru prym wiódł z miejsca ruszyły na wały i fosy Polaków. przez Pana Bąka z Kataru dowodzone. Niebo poczerwieniało patrząc na tę bitwę. Po początkowych wycieczkach Pana Ronaldo i Pana Simao, polscy harcownicy z Panem Krzynówkiem, wojownikiem w niemieckich armiach zaciężnych, poczęli wyprawiać swe harce na skrzydłach, również Pan Błaszczykowski, fircyk, co z ognikami w oczach szalał na prawym skrzydle siał coraz to wiekszy popłoch w portugalskich szeregach i nawet Pan Miguel, ze strachem w oczach spogladać zaczął na swego wodza. I trwała ta walka olbrzymia a bezpardonowa już dobre 15 minut. W tej chwili Pan Żurawski natarł z Panem Błaszczykowskim... Cisza nagle nastała na całym bożym swiecie. Wtem dziki jak Tur i waleczny Pan Lewandowski ze wschodnich rubieży strzałem z dystansu poteżnym niemalże złamał wrogie szeregi. Polskie chorągwie z okrzykiem "Bij Zabij" z warkotaniem proporców i chrzęstem zbroi okrutnym rzuciły się na portugalski obóz dotąd niezdobyty. Pierwszy dopadł pan Smolarek. I nagle krzyk nieposdziewany rozległ się tak ogromny, że chyba nawet w odległych województwach ludzie posłyszeć go mogli. "GOOOOOOLLLLL" - krzyknął Pan Szpakowski, obserwator bitew w całej Rzeczpospolitej znany. Po nim krzyknęli i inni, a pan Beenhakker uniósł ręce w górę w geście triumfu.... 2009/03/25 17:17:28
Znowu pojechałem na mecz Polski.Tym razem siedze na Praterze i nagle po spalonym ktorego oczywiście nie widzę ładnie nasz rodzynek z kraju kawy strzela nam bramkę.Koło mnie jak zawsze tłum Polaków oszalało z radości.Ci znani i mniej znani a potem nadchodzi ten Howard i psuje mi nastrój aż do granicy w Chyżnem.Jestem dalej niepocieszony i tylko czekam na nasza ligową piłke aby na Reymonta znów pooglądać naszych reprezentantów jak robię to od 1988 roku:)))
2009/03/25 17:26:40
Przepraszam, że zupełnie nie na temat, ale widzę, że często pojawiają się tu filmiki z youtube.pl. Sam na swoim blogu chciałbym pewien film zamieścić, ale nie mam pojęcia jak to zrobić :( Gdyby czasem ktoś zechciał mi pomóc to jest mój e-mail poldi83@tlen.pl Z góry dziękuje i pozdrawiam
2009/03/25 17:31:36
Waham się między dwiema ulubionymi akcjami i chyba nie jestem w stanie się zdecydować. Jedna była przepiękna, drugą potworna, ale obydwie łączyły się z nieprawdopodobnym wręcz natężeniem emocji. Którejkolwiek bym zresztą nie wybrał, na pewno nie będę specjalnie oryginalny, zatem do rzeczy:
1. Niezapomniany mecz Polska - Portugalia w Chorzowie i Smolarek na 2:0 : o ile pierwszą bramkę można było jeszcze próbować racjonalizować (przypadek, zaraz wszystko wróci do normy etc.), o tyle druga była już najprawdziwszym majstersztykiem. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie była szczęśliwa, bo tego w jaki sposób Rasiak wypracował tę sytuację pewnie nawet on sam nie jest w stanie wytłumaczyć, ale to co stało się później literalnie odjęło mi mowę. Wyjście Smolarka na czystą pozycje, absurdalnie spokojne spojrzenie na bocznego, potem jeszcze look na wychodzącego Ricardo i to, co w tej akcji podobało mi się najbardziej - fantastyczna bomba. Nie poturlał piłki przy słupku, nie próbował kiwać bramkarza, ale pieprznął ile sił w jego dość przecież mizernej nodze. To była akcja, w której żadnego elementu nie zmieniłbym ani o jotę. Coś pięknego. 2. Mecz Austra - Polska. Roger na 0:1. I tu już nie ma się co rozpływać nad jej piłarskimi walorami, bo tych po prostu zabrakło. Rozkosznie beztroska gra defensywy, czarodziej boruc, Jop....no cóż, dobrze pamiętamy co Jop, a do tego zupełna indolencja ofensywna. A tu nagle, nie wiadomo skąd, bardzo dobre prostopadłe podanie Smolarka (jak się zaraz potem okazało było to jedyne urodziwe piłkarsko zagranie w tej akcji), nieczyste uderzenie Saganowskiego i dobitka będącego na spalonym Rogera. Całość zupełnie niestrawna, bramka w żadnej mierze niezasłużona i w dodatku zdobyta niezgodnie z przepisami...i co? i szał radości, jakiego chyba wcześniej nie przeżyłem, podsycany jeszcze przez niezdrową satysfakcję wywołaną niewyobrażalnym frajerstwem Austriaków. Nie powodowanej broń Boże jakimiś uprzedzeniami, ale przeświadczeniem o istnieniu jakiejś sprawiedliwości dziejowej - w końcu do tej pory pamiętałem przede wszystkim bramki, które to my traciliśmy w pożałowania godny sposób, w najmniej spodziewanych momentach. Naturalnie wszyscy pamiętamy, jak to się skończyło, ale tych 5 minut nieskrępowanego krzyku i niemal mistycznej ekstazy nikt mi już nie zabierze.
Gość: von wojciechowski, 87-205-36-210.adsl.inetia.pl
2009/03/25 17:38:22
Październikowe wieczory zwykle nie sprzyjają delektowaniu się na otwartym powietrzu "widowiskom" jakimi obdarzają nas polscy piłkarze. Szczególnie jeżeli mecz odbywa się na Stadionie Śląskim, szczególnie jeśli siedzi się na trybunie za bramką, szczególnie jeśli "Nasi" strzelają właśnie na tę drugą, szczególnie jeśli jest się urodzonym malkontentem. Wtedy wszystko to jednak nie miało żadnego znaczenia. Prowadziliśmy z Belgią 1:0 i właśnie rozpoczęła się akcja Polaków. Później, już na chłodno przed ekranem telewizora, okaże się, że tym który ją zainicjował był Bąk, nieco szczęśliwie przejmie piłkę Błaszczykowski, po czym przerzucona na środek i odbita jeszcze przez Belga wpadnie wprost pod nogi rozpędzonego Krzynówka. Wówczas widziałem białe punkciki rozmywające się tyleż przez za słabe okulary, co przez wpływ wiadomej substancji płynnej uspokajającej skołatane nerwy. Jeszcze kolega zdąży krzyknąć "Strzelaj!!!", jeszcze tysiące kibiców wokół sprzeda "Krzynkowi" inne swoje cenne rady, a "nasz" uderzy piłkę. Po chwili do bramki dobije ją inny biały punkcik, którym okazał się być Ebi Smolarek. Euforia wybuchnie naraz z siłą jakiej nie sposób opisać, nazwać ani określić. Szczęście. Radość. Kolega obok krzyczy "Mamy EURO!!!" i ma rację...
Gość: mm, chello089078255195.chello.pl
2009/03/25 18:01:48
Ze wszystkich bramek, którą widziałem w życiu ta była pierwsza. A w zasadzie druga, bo pierwszą strzelili przeciwnicy, ale pierwsza dla mojego zespołu. Dla Legii. Był czerwiec 1994 roku, w narożniku boiska piłkę ustawił Leszek Pisz. Pamiętam, że rok później udało mi się wykorzystać gapiostwo ochrony i jednego słonecznego dnia przecisnąłem się na puste boisko przy Łazienkowskiej, wziąłem piłkę i postanowiłem sprawdzić, czy dośrodkowania z rzutu rożnego są naprawdę takie trudne. Kopnąłem tak z pięć czy sześć razy, zanim mnie przegoniono.
Ale dla Pisza te dośrodkowania trudne nie były. Wykonywał je z mistrzowską (tak mi się wtedy wydawało i wydaje do dzisiaj) precyzją. Do końca meczu pozostawało 19 minut, w czasie których TRZEBA BYŁO zdobyć gola. Gola na wagę mistrzostwa Polski. Kapitan Legii o tym wiedział. Kiedy wreszcie posłał piłkę w pole karne Górnika Zabrze, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Wydaje mi się, że piłkę najpierw musnął Jerzy Podbrożny, a po chwili dopadł do niej Adam Fedoruk i głową skierował w samo okienko. Oszalałem. Oszalał stojący obok tata. Oszalało 25 tysięcy ludzi na stadionie. To był mój pierwszy mecz w życiu. Przygotowywałem się na niego od rana. W telewizji koło dziesiątej pokazano trening Legii z poprzedniego dnia, a ja sądziłem, że to relacja na żywo, więc zadzwoniłem do taty do pracy, że trzeba się spieszyć - bo ludzie już na trybunach siedzą. Byliśmy trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Nie za późno, nie za wcześnie. Chyba akurat. Trzy godziny. Wyobrażacie sobie? Utkwił mi w głowie jeden obrazek - jakieś 2 godziny przed spotkaniem na boisko wyszli piłkarze w "cywilnych strojach", zapoznać się z murawą. Nagle wszyscy wokół mnie wstali i krzyczęli: "Wojtek Kowalczyk, Wojtek Kowalczyk!" Nie "Legia", nie "Warszawa", tylko właśnie "Wojtek Kowalczyk". Nie wiedziałem, kim on dokładnie jest, ale wiedziałem, że jest KIMŚ. Wiedziałem, że jest wielki. Pamiętam do dziś jak podniósł rękę i machał. Ilekroć czytam słowo "idol", mam to przed oczami. Ale wróćmy na trybuny. Wtedy nie było krzesełek, tylko ławki. Nie było więc czegoś takiego jak pojemność stadionu. Ktoś po prostu przychodził i siadał, potem jeszcze ktoś i jeszcze. Ścisk z każdą minutą coraz większy. Wygodne miejscówki z czasem zmieniły się w jakieś skrawek drewna, na którym pomieścić można było kawałek jednego, dziecięgo pośladka. W ogóle mi to nie przeszkadzało. Zresztą, o jakim siedzeniu my mówimy. Siedziałem jak na szpilkach i odliczałem minuty do końca. Kiedy Fedoruk trafił, to był ryk, było skakanie, było chóralne "Legia mistrz, mistrz, mistrz". Pierwszy raz w życiu byłem na stadionie, ale jakiś instynkt sprawił, że zachowywałem się dokładnie tak jak wszyscy. Byłem nieludzko szczęśliwy. I dumny, że jestem z tatą. Że zdobył bilety. Fedoruk po golu biegł wzdłuż "Żylety", co widziałem potem w telewizji - na krytej, gdzie byłem ja, ludzie padali sobie w ramiona, nie w głowie im było patrzenie na piłkarzy. Ale tego "Fedora", wąsacz z dziwacznym zwodem, zapamiętałem na zawsze. I nie wiem, czy wciągnąłbym się w piłkę, gdyby nie ten jego złoty gol, gdyby nie ta złota główka. Tak więc jeszcze raz: Pisz - Podbrożny - Fedoruk. Bęben bez szans. Dziękuję. 2009/03/25 18:09:46
Zielono. Pewnie, że zielono. Hartington mawia, że takie mecze to nic innego, jak połączenie Bollywodzkich filmów i pasty rybnej. Nic z tego nie rozumiem, ale cóż, on tak po prostu mawia.
Dobrze, że przynajmniej nie ma ścisku, ale nie ma się co dziwić to tylko mecz z Polską. Nie ma innego wyjścia muszą być 3 punkty. A czemu się zgodziłem w ogóle tu ruszyć? Głupia sprawa James chory, a ktoś go musiał zastąpić. Nawet nie lubię tego całego futbolu. Krykiet, ha! To jest sport! Cały czas 1:0 dla nas skromnie, ale wystarczająco. Nawet nie wiem kto strzelił co za różnica? NudnawoTen facet obok, widzicie? Co z nim jest nie tak? Panie! Jeszcze raz mnie Pan szturchniesz to zawołam ochronę! Hmm, nie wiem czemu, ale moi rodacy nawet nie dopingują tylko śpiewy Polaków się niosą nad murawą. W krykiecietam się dopiero dzieje. Na szczęście już połowa za mną Zdążę nawet na herbatę do Spaniards Inn. Polacy na naszej połowie, bo właściwie czemu by nie? Cholera, ten łysy Polak się rozpędził. Ferdinand zatrzymał podanie, ale zaskakująco nieporadnie. Znów Łysy, tym razem skutecznie wracać się, Panowie! Już pole karne? JAK?! Terry walczy, wybij, wybij gdziekolwiek! Udało się im dośrodkować, ale chyba nic z tego nie będzieczyli powrót do drzemania a nie! Czekaj! Nie upilnowali! No nie upilnowali! Nawet nie tyle co gol, a egzekucja. Po prostu nam strzelił. Nawet na loży honorowej słychać przekleństwa. Panie ministrze co Pan? Jego matka to na pewno porządna kobieta. Egzekutor nazywa się Frankowski podejrzewam, że właśnie stał się bohaterem jednego ze środkowoeuropejskich krajów. A my? Mamy jeszcze masę czasu na wygranie Ha, Zrobiło się ciekawiej, i nawet burak obok mnie usiadł i się zamknął.
Gość: Monti, 212.160.234.6*
2009/03/25 18:18:56
Na początku chciałbym powiedzieć dlaczego ta akcja.
Mam 14 lat, moje naprawdę poważne zainteresowanie sportem zaczęło się niedawno, bo dopiero 2006 roku, po MŚ. Z przebłyskami pamiętam kilka meczy za Engela, szczególnie ostatni z Anglią i już mundialowy z USA. Później była biała plama aż do meczu z Serbią u siebie w el. ME 2006. Wtedy zaczęło się moje kibicowanie wszelakie. Jak wszyscy niesamowicie cieszyłem się z wygranej nad Portugalią, płakałem z radości po magicznym tchnieniu śmierci Krzynówka na Stadionie Światła i klęczałem z szalikiem na Śląskim w meczu Polska-Belgia. Potem nastały smutne czasy na EURO. Wielkie nadzieje przekreślone słabą grą i frajerstwem w meczu z Austrią. Później el. MŚ i gorycz na Oporowskiej po remisie ze Słowenią, słaba radość z nikłego zwycięstwa z San Marino i znowu euforia na niesamowitym Kotle. I nadszedł mecz ze Słowacją, toporny, nudny i odpychający. Do momentu tego gola Smolarka który nas ożywił... Na krótko... Nie będę tej akcji stylizował, ukażę ją tak jak widziałem. Obecnie wszystko pamiętam jak przez mgłę, rzut z autu, piłka wrzucona "po angielsku" ( cóż za ironia że Wasilewski też tak próbuje, ale nigdy nie wychodzi...) odbija się od któregoś z graczy i spada pod nogi Boruca... Ten kompletnie zaskoczony nic nie robi i trafia ona do Sestaka. Ten już nie ma problemów z umieszczeniem jej w siatce. A to był dopiero początek końca... Ale ja zrozumiałem wtedy jedno. Że gdy wokoło mamy samych kibiców-"sportowców" którzy chodzą od kanapy do lodówki po kolejny sześciopak i którzy cieszą się po wygranej, ale po porażce klną i obrzucają łajnem my musimy wierzyć. My musimy z nimi trwać i nie opuszczać, bo na tym polega piękno sportu. "Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce". Wiem panie Michale że samą akcję opisałem dość ogólnikowo i nie dopasowałem się do kryteriów, ale ja najbardziej chciałem opisać te emocje które teraz we mnie odżyły. 2009/03/25 18:21:51
11 październik 2006. Mecz w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy 2008, Biało-czerwoni podejmują Portugalię. Po słabym początku eliminacji mało kto wierzył w końcowy sukces, ale ten mecz zmienił losy historii. 8 minuta Kuba Błaszczykowski zagrywa w "uliczkę" do Maćka Żurawskiego, ten dośrodkowuje, Smolarek wystawia piłkę na strzał Mariuszowi Lewandowskiemu, ten potężnie w stronę bramki, wybicie Ricardo, do piłki dopada Smolarek i pakuje ją do bramki obok bezradnie interweniującego Ricardo i jest GOOL, JEDEN DO ZERA DLA POLSKI.
Nigdy nie zapomnę tego meczu, to był mecz mistrza (Polska) z uczniem (Portugalia). Polacy grali jak profesorowie, bezradni Portugalczycy biegali za piłką nie wiedząc sco się dzieje. Każdy szanujący się kibic zna wynik tego spotkania. 2009/03/25 18:28:59
Snoop Dogg w tle???
Tego się tu nie spodziewałem ale jestem mile zaskoczony (:
Gość: matcho, aafz78.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/25 18:48:14
Bitwa ta rozegrała się w roku pańskim 2006, na polach miasta Chorzów, które częścią było Górnego Śląska. Górny Śląsk zaś na ziemiach Polski leżał. W obronie ojczyzny, przed Portugalczykami, stanęły wojska polskie. Dowodził nimi, jeden z najznamienitszych strategów tych czasów, hrabia holenderski Leo Beenhakker, specjalnie sprowadzony przez Polaków aby przywrócić świetność ich wojsk. Wróćmy jednak do bitwy samej, którą to dane było mi oglądać z pobliskich wzgórz. Stanęło oto, naprzeciw siebie, po jedenaście dywizji zarówno polskich jak i portugalskich. Przewagę wydawało się mieć wojsko najeźdźcy, znanego w Europie przede wszystkim ze znakomitego wyszkolenia, ale też z wielu już wygranych potyczek. Siedząc tam wysoko wierzyłem jednak w moich pobratymców. Wierzyłem, że siłą serca i walką do upadłego pokonają tych "lepszych", "bardziej uznanych". Ku mojej radości Polacy walczyli jak równy z równym. Ba!W pewnym momencie zauważyłem, że sami starają się atakować wroga. Już wtedy wiedziałem, że potrzebny jest tylko jeden atak, jedno natarcie, które pozwoli nam wygrać z bitwę. I oto stało się. Zauważyłem, po prawej stronie pola, dwie polskie chorągwie. Dowodzili nimi młody książę Jakub Błaszczykowski i hetman polowy Maciej Żurawski. Jakże oni znakomicie dowodzili! Szybko zmieniali pozycje raz atakując, raz uciekając Portugalczykom, którzy wydawali się bezradni. Wtedy to, urwał się w głąb wojsk przeciwnika Maciej Żurawski. Manewrem Manewrem tym skupił na sobie uwagę lewej flanki wroga. Zdezorientowani Portugalczycy nie zauważyli, że w tym czasie przegrupował swoje oddziały książę legnicki Mariusz Lewandowski. Było to tym bardziej zaskakujące, że dowodził Lewandowski artylerią o ogromnej sile rażenia. Armaty huknęły tak potężnie i niespodziewanie, że niemożliwym było dla Portugalczyków uniknięcie uderzenia. I gdy wydawało się, że to koniec, że już się wróg nie podniesie, jedna z portugalskich formacji odparła ten atak. Dowodził nią Ricardo Alexandre Martins Soares Pereira, słynący z tego, że w decydujących chwilach potrafił zrzucić z siebie niemal całe uzbrojenie i sam rzucić się na wroga. Byłem niemal pewien, że się nie uda, że Ricardo odeprze ten atak, a my sami będziemy musieli się przejść do defensywy. Ale stał się cud. Na prawej stronie wyrosła jazda hetmana Euzebiusza Smolarka, wychowanego w Holandii, syna znamienitego niegdyś polskiego wojskowego Włodzimierza. Euzebiusz, który chwilę wcześniej ustąpił miejsca do ataku artylerii księcia Lewandowskiego, teraz sam, okrążając wroga, postanowił zadecydować u wyniku batalii. Atak był nie do odparcia i to on prawdopodobnie przesądził o zwycięstwie. Zwycięstwie, który szybko rozniosło się po całym kontynencie i umożliwiło Polsce stanąć na równi, z najlepszymi armiami Europy.
Gość: Andrzej Kotarski, public-gprs124465.centertel.pl
2009/03/25 18:50:15
Jest rok 2001 - dawne polskie ziemie na Rusi. Kolejne pokolenie nadwiślanego futbolu walczy pod okiem Endżela "Nie lubię palm" Jerzego. Na pierwszy ruszt wchodzi mały, wielki brat - Ukraina. Polska husaria z Czarneckim z przodu prze po pierwszy skalp. Czy byłoby to możliwie gdyby nie on? Ja jestem Tomek Kłos - karate mistrz!! Biało-czerwony Bruce Lee rzekł - Panie Szewczenko, moja noga była wszędzie...
Pozdrawiam!
Gość: matcho, aafz78.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/25 18:52:33
Przepraszam Americam_Soldier za podobną konwencję, ale nie widziałem wcześniejszych komentarzy. Tak czy inaczej Twój jest o niebo lepszy:)
2009/03/25 19:09:55
Wizja Sport, sobotnie, marcowe (?) bodaj popołudnie, mając wtedy 11 lat śledziłem z zapartym tchem mecz Polski z Norwegami na wyjeździe. Nieco zniechęcony utratą prowadzenia, kontuzją Matyska prosiłem brata, żeby przełączył na jakąś fajną bajkę. Prosiłem go bodaj przez 10 min. Kiedy już miał przełączyć, nadeszła 80 minuta. Bartosz Karwan, od tamtego momentu jeden z moich ulubionych polskich piłkarzy urywa się obrońcy (tego potknięcie i próbę utrzymania równowagi z głową na wysokości kolan Karwana zapamiętam do śmierci) i piękną główką strzela gola. Piłka odbija się jeszcze od ziemi i mija bezradnego Myhre'go. Po tym golu zdarłem sobie skórę na łokciu, bo podobnie jak Karwan ściągnąłem koszulkę, przy okazji zahaczając o stół...
Przez jakiś czas potem w moim pokoju wisiał plakat naszego bohatera. Była to niesamowita akcja, wspaniałe dośrodkowanie, piękny strzał, niezapomniane potknięcie obrońcy norweskiego i radość Karwana na zacienionej stronie boiska... Piękne. Wspaniały mecz. Nie zapomnę go. 2009/03/25 19:10:47
Link do konkursowego wpisu wraz z filmikami: euro2008.blox.pl/2009/03/Akcja-koszulka-za-akcje.html
Suchy opis: W ramach konkursu zorganizowanego przez "Polsport" postanowił opisać akcję reprezentacji Polski, która najbardziej zapadła mi w pamięci. Wybrałem akcję Jacka Krzynówka z meczu Portugalia-Polska rozgrywanego w ramach eliminacji do Euro 2008. Akcja ta jest mi bliska dlatego, że siedziałem na trybunach Estadio da Luz. A wszystko zaczęło się dosyć niemrawo. Od 73 minuty przegrywaliśmy 2-1. Wielu Polaków zaczęło w tym momencie śpiewać "gramy do końca, Polacy gramy do końca...". Aczkolwiek jakoś nie potrafiłem się w tym momencie podnieść. Nie wiem dlaczego ale straciłem całkowicie wiarę w reprezentację Polski. Coś co nigdy nie powinno się przydarzyć autorowi bloga "Gramy do końca!". Ale cóż... zdarzyło się. Do tego Polacy nie grali nic wielkiego. Dlatego w spokoju oddałem się pisaniu sms'a, w końcu co mi ciekawszego zostało do roboty? Mecz jak dla mnie zrobił się nudny. Skończyłem pisać sms'a, gdy Lewandowski podał piłkę do Krzynówka. I wtedy się zaczęło... od razu widziałem, że Jacek chce strzelać. Jednakże krzyczałem nie rób tego, nie strzelaj bo nie trafisz. I w tym momencie on to zrobił, strzelił! Piłka leciała chyba jakieś pół godziny, przynajmniej tak mi się wydawało. Czułem się jak bohater bajki "Kapitan Tsubasa"(w bajce tej piłka po strzale leci do bramki jakieś pół odcinka). W końcu piłka doleciała i gol!!! Ekstaza na trybunach. Wszyscy ściskali wszystkich. Nie potrafiłem opanować radości, nikt nie potrafił. To była bramka, która nauczyła mnie jednego: "Mateusz, nie krzycz więcej do piłkarza, że ma robić to i to. Nie znasz się tym. Nie spędzasz dziesiątek godzin na treningach. Więc nie próbuj doradzać piłkarzom". I tak też zrobiłem. Niesamowita bramka, niesamowite emocje. Oby więcej takich spotkań! 2009/03/25 19:12:25
czy przepisanie kawałka Ogniem i mieczem i opowieści o turach lewandowskich i smolarkach, o chorągwiach i hetmanach to jest opis waszej akcji??? Ciekawe, ale smieszne i nie zawiera nic waszych emocji, tylko czysta liryka.
2009/03/25 19:17:31
Polska Brazylia 1974. Maszczyk przejmuje piłkę, rozgląda się, wreszcie podaniem na dobieg uruchamia obecnego prezesa PZPN-u. Pod tą przerzedzoną czupryną nasuwa się pytanie: podać czy biec dalej? Byle nie spalić. Już ma podać, lecz oto zauważa lukę, dzięki której może się przedrzeć przez Brazylijczyków. Biegnie. Teraz to jego szybkość decyduje o wszystkim. Biegnie, aż mu się ciemno przed oczami robi. Ostatnim wysiłkiem wpycha piłkę w lewy dolny róg bramki GOL!!! Cała Polska wstaje z miejsc. Ten gol zjednoczył cały naród. Nieważne są problemy, kolejka w sklepie. Po raz pierwszy od dawien dawna na twarzach Polaków pojawia się uśmiech.
2009/03/25 19:18:25
Polska Brazylia 1974. Maszczyk przejmuje piłkę, rozgląda się, wreszcie podaniem na dobieg uruchamia obecnego prezesa PZPN-u. Pod tą przerzedzoną czupryną nasuwa się pytanie: podać czy biec dalej? Byle nie spalić. Już ma podać, lecz oto zauważa lukę, dzięki której może się przedrzeć przez Brazylijczyków. Biegnie. Teraz to jego szybkość decyduje o wszystkim. Biegnie, aż mu się ciemno przed oczami robi. Ostatnim wysiłkiem wpycha piłkę w lewy dolny róg bramki GOL!!! Cała Polska wstaje z miejsc. Ten gol zjednoczył cały naród. Nieważne są problemy, kolejka w sklepie. Po raz pierwszy od dawien dawna na twarzach Polaków pojawia się uśmiech.
2009/03/25 19:18:41
Był 12 października 2005 roku. Polacy kończyli zakończone sukcesem eliminacje do Mistrzostw Świata meczem z Anglią na słynnym Old Trafford. W 45 minucie gospodarze prowadzili 1-0. Polacy, zamiast, jak każe narodowa tradycja, spokojnie czekać na przerwę by usłyszeć "pogadankę mobilizacyjną" naszego trenera, sami się zmobilizowali i ruszyli jeszcze na Anglików. Przesiadujący na ławce Kamil Kosowski popędził swym długim jak sarna krokiem w pole karne, przypadkiem ograł obrońcę, dośrodkował futbolówkę, ta minęła wszystkich zawodników i...spadła na nogę Tomasza Frankowskiego, który pięknie, mocno, bez kompleksów uderzył, trafił, dał Polakom nadzieję. Oprócz wyjątkowej urody bramki, ważny był fakt, że "Franek" zaczął mecz na ławce rezerwowych. Trener Janas wpuścił go z konieczności, a napastnik udowodnił, że noga nie drżała mu nigdy. Satysfakcję sprawiło mi przede wszystkim, że to Frankowski zdobył gola, że utarł nosa Janasowi, Polacy grali do ostatniego gwizdka sędziego, wreszcie uciszyli na chwilę Old Trafford. Takich chwil się nie zapomina.
2009/03/25 19:34:01
Dla tej koszulki muszę wziąć udział w konkursie ;)
Do rzeczy. Moja ulubiona akcja? Niech pomyślę....Nie chce mi się być oryginalną, nie chce mi się rozpisywać, bo najbardziej lubię te akcje po których nie mogę spać, nie mogę jeść i które same rozgrywają mi się w głowie. Mój mózg sam produkuje powtórki i jeszcze jedną, i jeszcze jedną, i jeszcze jedną, aż w końcu przychodzi kolejny wspaniały mecz i kolejna wspaniała akcja. Właściwie to ostatnio chyba wszystkim śnił się "rzut Siódmiaka", ale niestety w tym konkursie się nie kwalifikuje ;D Dobra w takim razie, skoro Siódmiak nie ma szans, to wybieram "cwaniacką" akcję ze Smolarkiem w roli głównej. Mecz Polska- Portugalia w el. do ME 2008 na Stadionie Śląskim. Podanie od Grześka Rasiaka, Smolarek jeszcze zerka na liniowego, po czym pakuje piłkę do siatki. Nawet teraz potrafię sobie przypomnieć wszystkie szczegóły ;) Piękna akcja, zapewniła nam zwycięstwo i zaważyła na całych eliminacjach, drużyna dostała "kopa" i wywalczyła pierwsze miejsce w grupie. Nie wiem czy za takie "coś" dostanę koszulkę, ale mimo wszystko korzyść z konkursu jest, bo można sobie powspominać. Jeszcze tak na marginesie. Jak przeczytałam, że trzeba opisać swoją ulubioną akcję, to nie wiem czemu, ale pierwsza jaka przyszła mi do głowy, to była ta z Old Trafford. Mecz el. do MŚ 2006. Anglia podejmowała Polskę, spotkanie o pietruszkę, bo obie drużyny awans miały zapewniony. Podanie Kosowskiego, prawie zza linii końcowej boiska, no i ten "Franek"...
Gość: b, c29-33.icpnet.pl
2009/03/25 19:59:07
1 września to nie jest dzień, który kojarzy się dobrze - zwłaszcza w naszej ojczyźnie. Większości Polaków data ta przypomina o zbrojnym ataku na nasz kraj sprzed 70 lat, dla dzieci i młodzieży oznacza z kolei koniec lenistwa i początek niemal dziewięciomiesięcznej kampanii w... szkole. Tamten 1 IX jednak był zupełnie inny - myślę, że zarówno dla mnie, jak i tysięcy innych osób. Był to dzień radosny, nie tylko dlatego, że w sobotę nie trzeba było uczestniczyć w ''radosnych'' akademiach "Witaj Szkoło!". Tamtego dnia spełniło się moje wielkie marzenie, ba może nawet stało się coś, o czym marzyć nawet nie śmiałem. Tamtego dnia - 1 września 2001 roku - Polska zapewniła sobie awans do mistrzostw świata w Korei i Japonii, pokonując Norwegię 3:0. Biało-czerwoni byli pierwszą reprezentacją z Europy, która wywalczyła awans, a tego zwycięstwa i tego awansu mogłoby nie być, gdyby nie jedna, bodaj najpiękniejsza w tamtych eliminacjach akcja polskiego zespołu. Na świetlnej tablicy Stadionu Śląskiego jest 1:0 dla Polski po golu Kryszałowicza, a szampany - nie chcąc zapeszyć - są chłodzone jeszcze bardzo nieśmiało. Norwegowie w drugiej połowie przejmują inicjatywę, co i rusz niepokojąc świetnie dysponowanego Jurka Dudka. Gracze Engela zaczynają się odgryzać pańskim prześladowcom z norweskiego dworu dopiero w okolicach 70 minuty. Wówczas minimalnie chybia Radek Kałużny - ten, który w tych eliminacjach sprawił nam już tyle radości. Mijają cztery minuty i po chyba najpiękniejszym crossie w karierze Piotra Świerczewskiego - podając z linii własnego pola karnego na połowę rywali pozwala Olisadebe biec... sam na sam! - mamy kolejną wielką szansę. Znów się nie udaje. W końcu nadchodzi. TEN MOMENT. TA MINUTA. TA AKCJA.
Z lewej strony naszego pola karnego piłkę ma John Arne Riise, grajek, który w ciągu kilku poprzednich miesięcy zdobył jedyne pięć pucharów z Liverpoolem. Może nie chciał wadzić nowemu klubowemu bramkarzowi, może po prostu przestraszył się Tomka Hajty. W każdym razie piłkę stracił jak dziecko. ''Hajto fajny chopak, ale drwal, więc pewnie wy...ekspediuje piłkę hen daleko'' - pomyślicie. Nic z tych rzeczy. Hajtowy 'pyk piłka ładnym łukiem nad Norwegiem trafia na wprost na klatkę piersiową Kałuży. Ten spokojnie sie z nią obraca, robi kilka szybkich kroków stronę środa boiska i oddaje piłencję do Świerczewskiego. Świr ma sporo wolnej przestrzeni i zaczyna się robić magicznie, bo mknie z piłką bardzo dynamicznie. Dynamicznie - to jest to słowo. Jedno, drugie, trzecie i czwarte kopnięcie prawą nogą na którą operator robi zbliżenie i dystans dzielący polskiego pomocnika od bramki rywali jest coraz mniejszy. Już tylko jakieś 30 metrów od Thomasa Myhre. Świerszczu zwalnia i rozgląda się uważnie. Z prawej strony ciut schowani Marcin Żewłakow i bodaj Kałużny. Z lewej - dobrze ustawiony Olisadebe i szerzej - Koźmiński. Świerczewski czeka do końca, skupia na sobie uwagę trzech obrońców i... wybiera idealny moment, zagrywa idealną piłkę. Norwegowie zrobienie w tata-wariata, na lewej stronie piłkę ma Koźmiński, do środka już zbiega Olisadebe... to musi się teraz stać, po prostu musi! Myhre może sobie machać ręką, że jest spalony, ważne, że nie pokazuje tego asystent. Koza spokojnie przyjmuje, Olisadebe jest dwa kroki przed obrońcami, podanie do środka, Norweg robi wślizg, ale nie zdąży! nie sięgnie piłki! ... ułamki sekund trwają wieczność... Olisadebe i... GOOOOOOOOOOOOOOOOL! Oli z tej radości nie wie gdzie biec się cieszyć. Rusza w stronę Koźmińskiego, po chwili ten już ląduje na jego plecach. Tłumy w Kotle Czarownic szaleją z radości. Jerzy Engel i jego Płaszcz ściskają się z Tomaszem Kłosem, znanym w Kijowie karateką. Jest DWA do ZERA, już nic złego nie może się przytrafić! Żewłak dokłada gola, Ukraina wygrywa w Mińsku, a to oznacza wyjazd do Korei! Po 16 latach zagramy na mistrzostwach świata i nic innego w tym momencie się nie liczy! Dla mnie, urodzonego rok po MŚ w Meksyku, otwierają się bramy Nowej Rzeczywistości. Rzeczywistości, w której Polska pierwszy raz za mojego życia weźmie udział w największej imprezie piłka 2009/03/25 20:59:35
"Aj Ricardo! Lewandowski popraw!! JEEEEST 1:0 dla Polski. Mówiłem popraw a Mariusz poprawił"
Nie zapomnę tego nigdy w życiu, komentarz Szpakowskiego, który potem przez tygodnie słyszałem na szkolnych korytarzach do dziś brzęczy mi w uszach. To były najlepsze czasy dla Leo w naszym kraju. Bronowicki dostaje piłkę, finezyjnie odgrywa do Kuby, a Kuba odpala rakietę w bramkę, której strzeże Ricardo. Ricardo widzi zbliżającą się z niesamowitą prędkością petardę i teraz już wie, że nie pozostało mu nic innego jak tylko ratować swoje życie odbijając ją gdziekolwiek. W tym samym czasie Mariusz Lewandowski przechadzał się w okolicach prawego rogu pola karnego sprawdzając, czy aby Portugalczycy nie zastawili tam pułapek mających na celu uniemożliwienie strzelenia im gola. W końcu tak kazał mu Leo. W kadrze był człowiekiem od czarnej roboty i to był właśnie jej przykład. Nagle usłyszał głośny świst i coś z góry powiedziało mu "Lewandowski popraw!!" Szybko zrozumiał, że ma wkopnąć piłkę do bramki. Pobiegł ile sił w nogach, kopnął jak mógł najmocniej i ruszył w kierunku chorągiewki ssąc kciuka na znak zadowolenia (tak mu kazał Leo). Wtedy było 1:0 i choć skończyło się na 2:2 to cały polski naród był zadowolony. 2009/03/25 21:04:14
Kukiełka dostaje piłkę a następnie przewraca się o własne nogi i tak 10 razy z rzędu. Nie pamiętam kiedy to było, nie pamiętam z kim graliśmy, ale Kukiełkowe ruchy pamiętam świetnie...
2009/03/25 21:35:12
Tylko jeden mecz mam w pamięci, tam gdzie Dudek bohaterem był w Stambule.
Niczym "Feniks z popiołów" odrodzili się piłkarze Liverpoolu. Jednakże w dogrywce i w karnych był jeden FENIKS zwany Szalonym Dudkiem. "Bramkarze muszą być szaleni... i mieć refleks" Sytuacja z Szewczenką długo śniła się po nocach pewnie nie tylko Ukraińcowi ale i Dudkowi. Interwencja magiczna wręcz niewiarygodna... to był cios Dudka typowo defensywny ale jakże bolesny. A w karnych to już nokaut... Dudek Dance stał się później bardzo popularny, jednakże tylko jeden taniec był tak zacny. 2009/03/25 21:36:37
Wiem, że przeraźliwie długo. Nie taki był zamiar, ale tak wyszło. Przepraszam ;P
Ciężkim zadaniem jest wybrać tę jedną, najbardziej zapamiętaną akcję reprezentantów Polski. Z jedej strony nie chciałem być banalny i opisywać tego co wszyscy znają na pamięć i widzieli już wiele razy, jednak z drugiej strony trudno jest oszukać samego siebie. Momentem który najtrwalej zapisał się w mojej pamięci jest gol Krzynówka strzelony Portugalczykom w Lizbonie. Mecz oglądałem w domu. W jednym pokoju ja sam na sam z telewizorem, w drugim zgromadzeni goście, świętujący kolejne urodziny mojej mamy. Przed pierwszym gwizdkiem nie byłem optymistą, każdą kolejną minutę bez straty gola traktowałem jako sukces. Zaczeło się pięknie, a jak było potem doskonale wiemy. Maniche raz, Ronaldo dwa i wydawało się, że jest już po wszystkim. W tym momencie pozwolę sobie na małą dygresje. W moim przypadku można wyróżnić dwa style kulinarne oglądania ważnego meczu. Pierwszy - nie jem i nie piję nic w trakcie, bo jestem zbyt mocno zdenerwowany. Drugi - pożeram wszystko co jest pod ręką nieprzerwanie przez 90 minut, bo spodziewam się klęski. Dotychczas drugą metodę stosowałem tylko dwa razy: podczas meczu Chorwacja-Polska na Euro i właśnie wtedy 8 września 2007 roku. Do końca spotkania pozostało niecałe 5 minut. W ręku trzymałem talerzyk z kolejnym kawałkiem ciasta przyniesionym z sąsiedniego pokoju. Spoglądając przemiennie to na telewizor, to na tort powolił godziłem się z porażką. Tymczasem Polacy konstruowali jedną z ostatnich akcji tego meczu. Lewandowski podał piłkę do Krzynówka na prawą stronę, ten miał dużo miejsca po swojej lewej ręce i w tym kierunku ruszył. Było kilka opcji do wyboru. Mógł zagrać prostopadłą piłkę do Błaszczykowskiego na prawo, miał okazję lekko wrzucić ją w pole karne, jednak wydawało się, że najlepszą decyzją będzie wystawienie futbolówki korzystniej ustawionemu Lewandowskiemu. Pomimo tak szerokiej palety możliwości Jacek zrobił coś, na co zdecydowało by się niewielu piłkarzy z największych europejskich klubów, nie mówiąc już o Polakach. Krzynówek wziął zamach i z lewej nogi uderzył jak najmocniej potrafił. Piłka leciała całą wieczność. Odbiła się dwa razy, najpierw od słupka, później od pleców Ricardo i wpadło do siatki. Talerzyk wyleciał w powietrze i rozbił się na ziemi. Nie liczyło się to, że ciasto było z bitą śmietaną. Nic w tym momencie się nie liczyło! Trwała chwila, jedna z niewielu w moim życiu w czasie której nie wiedziałem co się dzieje. Wybiegłem z pokoju i zaczełem szaleńczo krzyczeć. Za drugim razem moje przeczucie pomyliło się, o żadnej klęsce Polaków w Lizbonie mowy nie było. Do dziś obudzony w środku nocy byłbym w stanie wykrzyczeć słowa które popłynęły z ust Dariusza Szpakowskiego w 87 minucie meczu na Estadio da Luz: "Krzynówek do środka, czeka tutaj Lewandowski, Krzynówek z lewej nogi iii goool, gooool, goool!!! Teraz chyba nie damy wydrzeć sobie tego remisu!". Dlaczego wciąż pamiętam te słowa? Wszyscy w szkole mieli na telefonach komórkowych nagraną tę właśnie akcje. Jeden przesyłał drugiemu, wszystko działo się bardzo spontanicznie. Kiedy wychodziło się na przerwę z każdej strony słychać było tylko jedno. Tak nieprzerwanie do kolejnego meczu. Dzięki akcji Krzynówka znów mogliśmy poczuć się jak mieszkańcy kraju nieodstającego od światowej piłkarskiej czołówki ani na centymetr. Tak, jestem pewny, to właśnie ta akcja śni mi się słodko do dziś! Pozdrawiam ;] 2009/03/25 21:39:42
A ja nie zapomnę jednego momentu w meczu z Portugalią.... na MŚ 2002. No dobra, zapomnę jak się mnie mocno poprosi. Teraz, na spokojnie wszystko wydaje się uczciwe, ale wtedy? Mecz oglądałem w szkole, na geografii. Poznawaliśmy położenie Korei i demografię Portugalii. W momencie gdy przegrywaliśmy 2:0 wydawało się, że pozamiatane. Jednak Engelowski orły grały jak Orły. Arek Bąk do Michała Żewłakowa, który swoją gorszą, lewą nogą próbował chyba podać do Marcina w pole karne. Wyszło jednak zagranie w piątkę gdzie był Victor Baia i Paweł Kryszałowicz. Kocioł, zamieszanie, jednak jest Czarna Perła naszej kadry. Piłka klatka głowa Kryszała gol. Euforia. 50 osób w klasie wpada sobie w ramiona. Mi się trafiła najładniejsza dziewczyna w klasie (co wyjaśnia dlaczego ten mecz tak mi się podobał). Chwila radości i za chwilę wielka złość i żal. Ni ma gola. Jak to? Przecież Olisadebe jeszcze był faulowany. Bóg jednak nie jest dziś biało-czerwony, czy to może diabeł jest dziś... kolorowy? Nie ważne. Ważne jest, że skończyło się na 0:4. A gdyby jednak bramka została uznana jestem pewien, że byłoby inaczej. Jeden detal a tyle zmienia. Od tamtej pory, GDYBY nie kontuzja, Dudek ciągle broniłby w Liverpoolu. GDYBY nie Howard Webb byłoby inaczej. GDYBY nie Ekwador...GDYBY nie losowanie... GDYBY nie K....
Gdyby nie tamten sędzia, może dziś byłbym mężem najładniejszej dziewczyny w klasie? :)
Gość: mr_miszcz, techmedia.com.pl
2009/03/25 21:45:12
27 lipiec 1992 IO, Barcelona. Mecz grupowy Polska - Włochy. Po polskiej stronie jeszcze kompletnie nieznani zawodnicy, na ławce Janusz"do góry parówy"Wójcik. Po stronie włoskiej już znani i renomowani zawodnicy, którzy w późniejszych latach zrobią światowe kariery, jak choćby Demetrio Albertini. Włosi byli niewątpliwie faworytami, Polacy mieli tylko powalczyć o dobry wynik, remis byłby sukcesem. Okazało się zupełnie inaczej. Od pierwszych minut było widać zdeterminowanie i lepsze przygotowanie naszych. I już w 5 minucie meczu miała miejsce akcja, która zapadła mi w pamięci. Polacy mają piłkę na swojej połowie, Brzęczek naciskany przez przeciwnika zagrywa do środka. Tam jest Ryszard Staniek, który natychmiast zgrywa piłkę na lewo uruchamiając Koźmińskiego. Akcja nabiera tempa, Koźmiński pędzi z piłką ile sił, jeden z Włochów próbuje go dogonić, ale mimo przebiegnięcia prawie połowy boiska nie udaje mu się to i zostaje w tyle, Koza dośrodkowuje w pełnym biegu. Na wysokości krótkiego słupka znajduje się Kowalczyk ale mija się z piłką. Piłka leci dalej, z głębi pola nadbiega Juskowiak i z 11 metrów atomowym wolejem umieszcza piłkę w lewym okienku bramki. Ten gol ustawia mecz, polska drużyna kontroluje praktycznie cały przebieg spotkania dokładając jeszcze 2 bramki i nie tracąc żadnej.
2009/03/25 21:51:05
Polska-Wlochy 2003 - gol Jacka Krzynowka ustalajacy wynik na 3-1. Otoz Rasiak stojacy 30 metrow od bramki podaje pilke(delikatnie ja podnosi) Zurawskiemu miedzy 4 wloskich obroncow, ktora ten drugi swietnie przyjmuje i staje w oko w oko z bramkarzem. Strzela po ziemi w prawy rog bramki, ta jednak odbija sie od slupka i pierwszym ktory do niej dobiega jest Jacek Krzynowek. W tym momencie nie ma juz jednak pusta bramke(bramkarz zdazyl sie podniesc a jeden z obroncow znajdowal sie miedzy nim i bramka), nie przeszkadza mu to jednak zdobyc bardzo efektownego gola: pilka odbila sie od poprzeczki za linie bramkowa i wypadla w pole
2009/03/25 22:17:54
Trzeba grać do końca. Zawsze. Nawet wtedy, gdy tak, jak w tym meczu wszystko jest właściwie pozamiatane.
Boruc bez najmniejszych kłopotów wyłapał centrę z lewej flanki. Nie spieszył się z rozpoczęciem gry. Nie było sensu. Spokojnym, badawczym spojrzeniem obrzucił okolice pola karnego. Kilkakrotnie odbił piłkę od nieco podmokłej murawy, po czym wyrzucił ją jakieś trzydzieści metrów przed szesnastkę, wprost pod nogi Lewandowskiego. Ów z rozmysłem zaczekał na desperacki atak rywala. Ośmieszył go pozornie prostym, acz błyskotliwym zwodem i długim, mierzonym podaniem na prawe skrzydło uruchomił Żurawskiego. Gracz Celticu przez długie miesiące starał się ze wszystkich sił utrudniać zrozumienie powodów, dla których fani the Bhoys ochrzcili go niegdyś Magic. Tym razem jednak błysnął. Naprawdę błysnął. Z początku chciał chyba przyjąć zagraną przez Lewego futbolówkę. Jednak gdy zorientował się, co może się wydarzyć pod bramką rywala, błyskawicznie porzucił ten zamiar. Złożył się do zagrania z półvolleya i puścił mocnego, soczystego crossa w sam koniec pola karnego. Jak urzeczony wpatrywałem się w piłkę szaleńczo wirującą jakieś trzy metry nad powierzchnią boiska. Per Mertesacker chyba też, bo gdy futbolówka poczęła opadać, nie zrobił nic, by zapobiec przejęciu jej przez Marka Saganowskiego. Snajper Southampton zgasił dośrodkowanie na klatce piersiowej. Jens Lehmann musiał wiedzieć, na co się zanosiło. Zebrał wszystkie siły i w szaleńczej robinsonadzie rzucił się, by uchronić swój zespół przed stratą gola. Chyba cały Klagenfurt usłyszał chrobot jego zramolałych stawów. Tymczasem Saganowski podbił piłkę kolanem i prześlicznymi nożycami umieścił ją w siatce. Wygraliśmy 3:0. Wyłączyłem PlayStation i poszedłem spać. 2009/03/25 22:37:17
Próbowałem sobie przypomnieć jakąkolwiek akcję Polaków, taką, która pierwsza przychodzi mi do głowy. Było ich tak dużo, że nie jestem w stanie wskazać tej jedynej, ale jedna z pierwszych, to sytuacja (już tutaj opisana) z meczu z Walią w Cardiff, gdy Tomasz Frankowski wywołał ryk ekstazy pana Szpakowskiego, wrzeszczącego "GOL! GOL! GOL! JEDEN JEDEN!". Niezapomniane. Jednak skoro ta sytuacja została już wspomniana, próbowałem szukać dalej. I w tym momencie przypomniałem sobie, że przecież podczas ubiegłorocznego Euro gol Rogera z Austrią wywołał u mnie tak silne emocje, że w przerwie spotkania podbiegłem do komputera i po prostu musiałem o tym napisać.
Futbol jest piękny, a Bóg jest piłkarzem - krótka notka, którą napisałem "na gorąco". :) 2009/03/25 22:58:08
W arsenale emocji, których dostarczyło mi piętnastoletnie kibicowanie biało-czerwonym chyba nie było drugiej takiej sytuacji, w przypadku której aż tak zagotowałoby mi się pod sklepieniem czaszki. Nieraz był radosny amok, euforia, yes-yes-yes i przybijanie "piątki" komu popadnie. Jednak chyba tylko raz miałem ochotę porąbać telewizor w drobny mak, tylko raz chciałem odszukać winnego mojego stanu nawet na końcu świata, nawet gdyby się ukrył w miseczce ryżu, tylko raz...
Dzień 12 czerwca 2008 nie zapowiadał katastrofy. Wprost przeciwnie - wierzyłem, że po porażce z Niemcami na inaugurację EURO 2008 Polacy się ogarną i pokażą, że mecze z Portugalią to nie był przypadek. Początek spotkania wskazywał jednak na coś zgoła innego. Austriacy dochodzili do sytuacji strzeleckich niczym PSL-owcy do władz państwowych spółek. Jedna akcja - Boruc, druga akcja - Boruc, kolejna akcja - Boruc. Dwa kwadranse i mogło być śmiało 4-0 w plecy. I wtedy zdarzył się cud w postaci gola Rogera. Znikąd, nagle, zupełnie irracjonalne trafienie. Potem było już tylko lepiej. Gra się zaczęła kleić, biało-czerwoni zaczęli kontrolować sytuację. Myślałem, że będzie jak w tych wszystkich bajkach, w których to jednak dobro (czyli my) zwycięża. Do końca zostało już tylko pięć minut, trzy, minuta, doliczony czas... Austriacy mają jeszcze rzut wolny z okolic połowy boiska. Biją raz - sędzia (wtedy jeszcze nie pamiętałem jego nazwiska) przerywa - rzekomo z racji przepychanek na polu karnym. Jeszcze raz. Długo bita piłka, leci, leci i... gwizdek. Sędzia (ostatni moment kiedy nie kojarzyłem jego nazwiska) pokazuje na jedenasty metr... JAKI KARNY?? JAKI FAUL?? Za pierwszym razem myślałem, że coś nie zauważyłem, za drugim myślałem, że operator nie umie odpowiednio wyeksponować momentu faulu, dopiero za trzecim razy upewniłem się, że decyzja była skrajnie pochopna i karny był absolutnie niezasłużony. Zagotowałem się jak warzywa w zupie, chciałem wbiec na boisko, furiacko potrząsnąć Webbem (już pamiętam to nazwisko) i kazać mu cofnąć decyzję. "Jaki karny, gościu, jaki karny!??" darłem się jak protest-songowy śpiewak. Nie łudziłem się, że Vasticowi zadrży noga. No i nie zadrżała. Z nieba do piekła w dwie sekundy. Przy czym w piekle było naprawdę gorąco. Przyznaję, że nawet teraz jak widzę tę sytuację, to mnie trafia. To chyba jedyny mecz, który oficjalnie zabroniłem puszczać u mnie w domu. Cholernie głęboka trauma i jak już będę kiedyś koszmarnie bogaty, to może zapłacę jakiemuś psychoanalitykowi, żeby mnie z niej wyciągnął:))
Gość: Kisiel, nat-3.autocom.pl
2009/03/25 23:25:45
Trudno wybrać najpiękniejszą, a zarazem najważniejszą akcję polskiej reprezentacji w całej historii rodzimej piłki nożnej. Polacy kilkukrotnie rozgrywali ciężie batalie o udział w wielkich imprezach, jak na przykład Mistrzostwa Świata. Decydujące mecze były często rodem z prawdziwego horroru. Nieoczekiwane zwroty akcji, piękne bramki, przechwyty , a nawet klasyczne "cieszynki" piłkarzy po strzelonej bramce na zawsze pozostaną w naszej pamięci- w pamięci prawdziwych fanów piłki nożnej. Jednak podobno najpiękniejsze jest to, czego sami byliśmy świadkami. W moim przypadku ciężko jest więc opowiadać o batalii z Anglikami w 1973, bo niestety nie było mnie wtedy jeszcze na świecie. Pierwszą zaś większą imprezą, w której Polska brała udział ze mną w roli kibica były Mistrzostwa Świata w 2002 roku. Ciągle pamiętam grupową porażkę z Portugalczykami 0:4. Po tym blamażu ciężko było patrzeć optymistycznie na przyszłość polskiej reprezentacji. Wszyscy marzyliśmy o Wielkim Rewanżu na ziomkach z kraju Luisa Figo. Wreszcie wydarzyła się ku temu wspaniała okazja- mecz w ramach Mistrzostw Europy z 11 października 2006 roku. Wielkie nadzieje przeplatane gorzkimi słowami krytyki dla reprezentacji trenowanej przez Leo Beenhakkera. "Wygramy!", "Portugalia nas zmiażdzy"- przepowiednie poslkich kibiców były bardzo różnorodne. Szczęśliwe ku wielkiemu zaskoczeniu całego świata, Polska ograła Portugalię 2:1. Bohaterem spotkania został Ebi Smolarej strzelec obu goli dla naszje reprezetacji. Komentatorzy wychwalali po meczu tego napastnika za niesamowity instynkt strzelecki, objawiony zresztą szczególnie w 17 minucie tego pięknego spotkania. Wygrywaliśmy wtedy już 1:0, gdy często krytykowany przez masy Grzegorz Rasiak przechwycił piłkę wybitą przez jednego z portugalskich obrońców i natychmiast zagrał na wolne pole do wbiegającego Smolarka. Ebi doskonale zorientował się w sytuacji i natychmiast przejął piłę. Gdy ujrzał, iż arbiter boczny nie sygnalizuje spalonego bez wahania przymierzył na bramkę strzeżoną przez Ricardo. Piłka zatrzepotała w siatce. Nie mogło być inaczej! Mocno, celnie i skutecznie! "Ależ akcja, ależ dzień Ebiego!"- zachwycał się jeden z komentatorów tego spotkania. Gol na 2:0 dawał Polakom ogromną przewagę psyhiczną nad przeciwnikami. Wszyscy czuliśmy, że to jest ten Dzień. Dzień Triumfu. Polska pokazała, że umie grać w piłkę! Że nie jest gorsza od światowych potęg. Wspólnie głośno wykrzyczęliśmy światu- "Yes, we can!!"
2009/03/25 23:36:59
1.09.2001 Polska - Norwegia (Stadion Śląski)
Cóż to były za eliminacje. Cóż to była za drużyna. Pierwszy raz od 16 lat mieliśmy ogromne szanse na awans na MŚ które odbywały się w Korei i Japonii. Mecz był szybki, nonszalancki, ale to przecież jasne - nie codzień gra jest się o jedno zwycięstwo od awansu na mundial. Wtedy nadeszła 45 minuta meczu. Całą akcję zapoczątkował Koźmiński. Ładnym podaniem uruchomił Kryszałowicza, który na pamięć piętką zagrał do Olisadebe. Ten nieco szczęśliwie odegrał piłkę do ustawionego obok Kałużnego. Radek spokojnie przełożył piłkę na lewą nogę i zagrał "mięciutką" piłkę w stronę pola karnego. Do piłki doszedł znów Kryszałowicz, po czym zgrał futbolówkę wprost pod nogi Oliego. Na miejscu jednak był Henning Berg. Mimo, że pomagał sobie ręką sędzia nie zareagował. Piłka znalazła się po raz 3 pod nogami Pawła, właściwie to sam wytargał ją tam spomiędzy gąszczu nóg. Natychmiastowo "dziabnął" piłkę po raz pierwszy, po raz drugi i znalazł się sam, niepilnowany na środku pola karnego. Nie pozostało nic innego jak uderzyć obok bezradnego Myhre. Mimo, że Paweł nie miał czasu spojrzeć w stronę bramki doskonale wiedział co musi zrobić, strzelił niesamowicie precyzyjnie, wprost fantastycznie. Ahh cóż to była za bramka, cóż to była za przerwa. Jedne z najwspanialszych 15 minut w życiu kibica reprezentacji. Przecież nic złego nie mogło się już stać :)
Gość: powisle14 arek.9.kar@wp.pl, pc-88-62.akademiki.uni.torun.pl
2009/03/25 23:43:53
28.03.2009 Irlandia Płn. - Polska
Wasilewski wybija piłkę z pola karnego przed siebie. Piłkę przejmuję Ireneusz Jeleń mija obrońcę i fantastycznym lobem pokonuję bramkarza gospodarzy. :)
Gość: milu , re30.internetdsl.tpnet.pl
2009/03/25 23:45:46
A więc było to 8 sierpnia 1992, finał Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, w którym my, Polacy stanęliśmy do walki o złoto z Hiszpanami. W 45 a właściwie już 46 minucie szał, Wojciech Kowalczyk daje nam prowadzenie i jesteśmy w siódmym niebie ... ale ja nie o tym. Mniej więcej minutę później na całym osiedlu (blokowisko) wyłączyli prąd. Rozradowany myślałem, że to chwilowa awaria, poza tym czas na 15 minutową przerwę, na pewno naprawią. Pierwsze nerwy pojawiły się po ok. 20 minutach, ludzie już wtedy wyglądali z balkonów, nawołując się wzajemnie, dopytując o wynik. Zaczęły się pierwsze spacery, najpierw po sąsiadach później po ulicach, ogólne ruchy w terenie (podobno znaleźli się tacy co wytaszczyli telewizory na zewnątrz i podłączali do akumulatorów). I w takich oto okolicznościach, gdzieś w okolicach 55 minuty meczu, podniósł się gwar, ktoś gdzieś krzyknął, reszta podchwyciła jest goooool!!, na balkonach radość, wiwaty, prowadzimy 2:0. Ależ jest pięknie, jesteśmy już tak blisko, uda się. Tylko kto strzelił? nie wiem ale co tam, trwa fiesta. Minuty leciały a ja cały czas wpatrzony w ciemne pudło, żal było wychodzić i szukać (bo i czego) a nuż włączą zaraz. Nerwy coraz większe i wtem pstryk, jest obraz, jeszcze tylko informacja o tym, że Kowalczyk poza boiskiem piłkę otrzymuje Staniek i bramka jest .... 2:2!!
Jak ta historia się skończyła, wszyscy wiemy ale ja nigdy nie zapomnę tej akcji i gola na 2:0 w finale Igrzysk w Barcelonie. ole. 2009/03/25 23:51:36
Był rok 1996. Polska przyjechała na Wembley. Przyjechała tylko po wyrok. Na bramkę na tym słynnym stadionie czekaliśmy 23 lat od czasu pamiętnego gola Domarskiego. Mecz Polska rozpoczęła spokojnie. Aż nadeszła 7 minuta. Polacy rozpoczęli akcje, w której było wiele przypadku. W której Bałuszyński przebiegł całe boisko wszeż, w której Michalski z Hajto nieporadnie rozgrywali piłkę w środku boiska. Aż w końcu Bałuszyński otrzymał ją na prawym skrzydle i dośrodkował płaską piłkę w pole karne. Minął się z nią Krzysiu Warzycha, minął się obrońca angielski. I doszedł do niej Marek Citko, który strzelił obok bezrdnego Seamana. "W takich sytuacjach Citko nie przebacza" -
krzyczał Zbigniew Boniek. Wtórował mu Dariusz Szpakowski. Na dworze było słychać tłumy krzyczących i wiwatujących osób. "Polska prowadzi", "Polska zdobędzie twierdzę", "Wembley zdobyte". Jednakże był to mecz bez happy endu. Przegraliśmy. Ten mecz mu uświadomił, że żeby wygrać z Anglią potrzeba 11 wojowników. Wszyscy muszą zagrać na najwyższym poziomie. Niestety w tym meczu zawiódł Andrzej "książę Paryża" Woźniak. Jednak mimo w sumie słabego wyniku tą właśnie bramkę reprezentacji najlepiej zapamiętałem. Bramkę strzeloną przez największy, niespełniony talent polskiej piłki, bramkę strzeloną przez piłkarza, który miał otwartą drogę do piłkarskiej europy Europę, bramkę strzeloną przez zawodnika znakomitego, ale nękanego przez kontuzje. 2009/03/26 00:18:48
Przepraszam za ogólną krytykę "biało-czerwonych", ale to był jeden z kilku(wielu) nudnych, eliminacyjnych meczów reprezentacji w którym liczą się 3 punkty, a nie styl...Tak, tak ktoś mi powie że z Czechami, z Portugalią albo z kimkolwiek. Zdarzają się piękne mecze, w pięknym stylu, ale nie łudźmy się że lepszych meczów (od czasów Wójcika- wcześniej meczów nie pamiętam, chociaż serdecznie żałuję, po magię Leo) jest o wiele mniej niż słabych.
W Kielcach 28.03.2007 odbył się mecz POLska-Armenia, cholernie nudny mecz. Oglądałem go przy piwku z kolegami, jak zwykle gorący doping dobre nastawienie,a po chwili kopanina przez 90 minut(jeśli ominę wyjątki oprócz tego-wybaczcie). Cóż, "Magic" strzela, prowadzimy 1-0, potem do końca nic nadzwyczaj ciekawego, więc można pogadać. Przejdę do tego wyjątku, bo jeszcze zostanę zdyskwalifikowany w przedbiegach że piszę o tym o czym nie trzeba przez stronniczą komisję(tak na marginesie jak jest stronnicza, to co trzeba zrobić żeby była po mojej stronie?hmmm...). Akcja poprzedzająca gola Macieja, niestety powoli o nim zapominamy, choć to naprawdę bardzo dobry piłkarz, Żurawskiego była, przyglądając się jej(nie żartuję!) w stylu Barcelony Rijkaarda czy Guardioli. Kilka(naście-nie wiem co było przed nagraniem filmiku) dobrych, celnych?! podań, zachowanie "Żurawia" jak strzelca wyborowego wysokiej klasy... Ok: dawno, dawno temu,za górami za lasami, w dalekich Kielcach...Jacek Bąk podaje do Garguły, który odgrywa z powrotem do Bąka, ten dalekiem podaniem uruchamia co?? Kaźmierczaka..."Kaz" na skrzydło lewe do Jacka Krzynówka(tak, tego samego co bombardował Real czy Romę)...ten do Michała Żewłakowa, on do "Żurawia" prostopadle!! Uff robi się gorąco. Maciej przyjmuję piłkę w polu karnym, "szuka miejsca", jeden zwód i mamy bramkęęęęęę!!!!! Pan Szpakowski wydziera się w niebogłosy jak i ja ze znajomymi!!! Piękna akcja!! Puentując, rzadko takie bajki z naszą kadrą-(chodzi mi o akcje, nie o zwycięstwa po heroicznych bojach) zdarzają w naszej rzeczywistości się. Więc wspominajmy je długo... Ps. z tym porównaniem do Barcelony- www.youtube.com/watch?v=tMki3IjbN0Q&feature=related...zobaczcie sami, że my Polacy też potrafimy "pass the ball". Ps2. Przepraszam że tak długo, ale tak się podnieciłem, że ciężko było o tym nie napisać... 2009/03/26 00:52:39
12 października, Old Trafford. W meczu el. MŚ Anglia podejmuje Polskę. Ekipa wyjazdowa naszych kibiców jak zwykle silna, ale cóż z tego - prawdziwy fan wie, że jak Polska, to tylko słowami Dariusza Szpakowskiego. Pierwsza połowa wyrównana, z lekkim wskazaniem na Anglików, którzy nie potrafili jednak zdobyć gola. Jednak w końcu nadchodzi 43. minuta i grobowym tonem pana Darka słyszymy, że Owen strzela na 1:0. Bramka do szatni, tragedia. Ale Orły wiedzą, o co grają i się nie poddają - szybka kontra, Lewandowski podaje w Anglika, odbita piłka wraca pod jego nogi, ładne prostopadłe zagranie do Kosowskiego, ten ogrywa Terry'ego, dośrodkowuje i... www.youtube.com/watch?v=MtbtDkwsiA4 . Kibice zamierają, bowiem po pełnym husarskich emocji okrzyku (0:15) na rekordowe 12 sekund zawiesza głos red. Szpakowski. Mecz trwa dalej, wynik niekoniecznie wiekopomny, ale akcja i (w szczególności) komentarz zostają w głowie na lata.
Gość: Radek, 87.205.149.7*
2009/03/26 08:11:34
Zgroza! To już nawet koszulki Polski nie mogą być normalne tylko pedalskie. Do tego doszło!
Gość: Marczi, 77.236.0.20*
2009/03/26 11:08:56
11 Pażdziernika 2008 , Chorzów . Mecz eliminacji mistrzostw świata Polska - Czechy . Miałem okazję być na tym meczu i dlatego wspominam go fantastycznie . W szczególności zapadła mi w pamięci jedna akcja . W 27 minucie walka pod polem karnym Polski , nasze orły przejmują piłkę , wyprowadzamy kontratak . Kuba Błaszczykowski dostaje piłkę w środkowej części boiska , ogrywa trzech rywali i podaje do Pawła Brożka . Ten pięknym strzałem po ziemi w krótki róg pokonuje bezradnego Petra Czecha . Bramka ta dla nas była bardzo istotna a w szczególności dla samego strzelca . Paweł Brożek wreszcie został powołany przez Leo Beenhakkera i zagrał od pierwszej minuty . Pamiętam radośc na Stadionie Śląskim - bezcenna . Pozdrawiam
Gość: istorian, irt130.internetdsl.tpnet.pl
2009/03/26 11:22:44
Eliminacje MŚ RPA 2010, wiadomo kiedy, wiadomo gdzie, wiadomo z kim. Prowadzimy na wyjeździe 1:0, a do końca meczu zostało kilka minut. Najlepszy bramkarz ostatnich ME tak łapie piłkę, że dopada ją rywal i mamy remis. Marzenia o trzech punktach lądują na śmietniku, a chwilę później tam samo ląduje choćby jeden punkt. Dwie stracone bramki, ale akcja w zasadzie jedna. Niemożliwe, ale prawdziwe. Chce zobaczyć w sobotę, że na tym samym śmietniku nie wylądują marzenia o przyszłorocznym Mundialu.
Gość: ergun, 213-134-165-144.net.autocom.pl
2009/03/26 12:05:29
mam pytanie: do kiedy można pisać konkursowe akcje?
2009/03/26 12:20:47
Miałem jedenaście lat i dopiero zaczynałem emocjonować się piłką, miałem za sobą oglądanie jednych niecałych eliminacji do EURO 96 i prawie wszystko w oglądaniu piłki było dla mnie nowe.
Nadszedł 9.10.96 i wielki mecz eliminacyjny z Anglią na Wembley. O tym co to znaczy mecz z Anglią na Wembley mówił mi wcześniej ojciec, z racji mityczności umiała o tym mówić nawet mama. Zaczęło się. O tym, że Polska potęgą już nie jest wiedziałem z wcześniejszych eliminacji i dlatego o wynik denerwowałem się straszliwie. Polacy od pierwszych minut odważnie, jakby Antoni Piechniczek natchnał ich wiarą we własne siły przed tym pierwszym i najtrudniejszym meczem w eliminacjach. Wysokość pola karnego, z prawej strony miękko wrzuca Bałuszyński. Obrońcy angielscy nie potrafią przeciąć lotu piłki, rutynowany Krzysztof Warzycha na wprost bramki także minimalnie jej nie sięga, ale z lewej strony zamyka akcję młody Marek Citko! Świetnym przyjęciem myli obrońców i układa sobie futbolówkę pod idealny strzał! Seaman rzuca się pod nogi polskiego napastnika, ale uderzenie jest mocne, techniczne i precyzyjne! Przelatuje nad bramkarzem i ląduje w siatce! Polska prowadzi na Wembley! Wracają czasy drużyny Górskiego! Niech wracają choćby na te kilkadziesiąt minut! 2009/03/26 13:08:52
Pięć minut Jacek. Pięć, może z siedem jak sędzia coś doliczy. Weź się w garść chłopie, spójrz na trenera, stoi z tą swoją kamienną twarzą i patrzy się na ciebie. A było tak dobrze, prowadziliście jeden zero. Jak się skończy mecz będzie kac, że daliście sobie to wyrwać...
Trener w ciebie wierzy, CAŁA POLSKA W CIEBIE WIERZY, zrób coś człowieku, nie możecie sobie dać wyrwać tego awansu! Jedna akcja Krzyniu, tylko jedna, jeszcze ta... Gra się nie klei, trzymają was z daleka od bramki Ricardo, ale Tyś jest Jacek, ze szlachetnych piłkarskich Sopliców, tfu Krzynówków. Jak człowiek się zmęczy to mu się wszystko w głowie miesza. A bądź nawet samym Robertem Carlosem! Ten też uderzał z lewej. O zobacz podanie od Lewego, to znak Jacek, może się uda. Jasny gwint, chyba ze czterdzieści metrów. Jeszcze Deco się tu przypierdzielił, trzeba go ominąć, kolejne dwa metry. Roberto Carlos Krzynówek teraz! Dobrze siadła. Leci zaraz przy trawie. Kursłupek, nie GOOL!! Euforia Gooool!!! Polska Portugalia 2:2! Gramy dalej! 2009/03/26 13:19:51
Errata (interpunkcyjna) ;)
Dobrze siadła. Leci zaraz przy trawie. Kurrr... słupek, nie GOOL!! Euforia Gooool!!! Polska Portugalia 2:2! Gramy dalej!
Gość: PabloZet, ul178.internetdsl.tpnet.pl
2009/03/26 14:39:07
Postaram się krótko... MŚ 1974. Gramy z Wielką Brazylią! O medal. O prestiż. O nowy rozdział w historii polskiego futbolu. Większość meczu Brazylijczycy dominują. Polacy też kilka razy zagrozili bramce czarodziejom piłki. I wreszcie nadchodzi TA AKCJA! Grzegorz Lato dostaje piłkę jeszcze na swojej połowie. Dwa, trzy kontakty z piłką. I wtedy uruchamia KERS ! Tak - Lato miał już go wtedy a więc 30 lat przed oficjalnym wprowadzeniem jej do F1 !!! Pokazuje lewemu obrońcy plecy i wszystko co poniżej (...) I jeszcze ten spokój podczas strzału (tzw. szczur) obok prawej nogi rozpaczliwie interweniującego bramkarza! Strzelić bramkę Brazylii, która w dodatku daje medal MŚ! Jak ja mu tego zazdroszczę...i jaka szkoda że nie mogłem tego widzieć LIVE. Urodziłem się kilka miesięcy później...
PS. Ta bramka decyduje o tym, że za każdym razem gdy jestem na meczu ligowym lub reprezentacyjnym, odkąd prezesem PZPN jest Grzegorz Lato nie śpiewam z resztą ulubionej kibicowskiej przyśpiewki o miłości do PZPN... pablo.zet@interia.pl 2009/03/26 16:27:35
W czym tkwi magia piłki nożnej? Jak bardzo głęboko spoczywa jej tajemnica? Co ona ma takiego, co przeobraża ten sport w największe igrzyska tego globu? Gdzie indziej tak wiele porównań, odniesień do wojen, historii, charakteru potrafi przemycić widowisko? Jak wiele nadziei może dać, a jak wiele zabrać?..
Aby w pełni oddać emocje chwili, należy wrócić do roku 1992, do Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, do miejsca, w którym Dariusz Szpakowski, po przegranym finałowym meczu 2-3 z gospodarzami Olimpiady - Hiszpanami, wypowiedział pamiętne słowa, napawające nas nadzieją na najbliższe tłuste lata w polskim futbolu. Słowa, których wymazanie z głowy zajęło mi całe, długie 11 lat życia. Słowa, które przeobraziły się w klątwę. Słowa, które mógł odczarować tylko cud. Przegrane eliminacje do kolejno Mistrzostw Świata'94 z pamiętną demolką Stadionu Śląskiego przez naszych kibiców w meczu z Anglikami. Następnie, jeszcze tragiczniejsze eliminację Mistrzostw Europy'96, które kończymy za takimi tuzami jak Rumuni i Słowacy oraz Francuzi, którym dwukrotnie wydzieramy remis. W meczu z tymi ostatnimi na stadionie Parc des Princes, na księcia reprezentacji pasujemy bramkarza Andrzeja Woźniaka, który przypomni nam się w następnych eliminacjach do Mistrzostw Świata98. Jakby inaczej mecz na Wembley, gdzie wynik meczu otwiera nasz nowy Lubański, czyli Marek Citko, dwie niepewne interwencje "księcia" i turniej w lecie oglądamy z zimnym chłodem bezstronnych obserwatorów. Brak przepustek do holendersko-belgijskiego Euro 2000 już nikogo nie zdziwił, choć cień szansy na awans był, to jednak Jerzy Brzęczek - rozgrywający, czyli zawodnik na pozycji, na której Polska rodzi piłkarza raz na 1974 lata, gubi piłkę w środku pola, co skrzętnie wykorzystują Szwedzi, pozbawiając nas resztek złudzeń. 2009/03/26 16:31:28
Niestety lata tłuste nie nastały, a sytuacja była daleka od idylli, którą zaproponował nam w swoim orędziu barcelońskim Dariusz Szpakowski. Kolejnym mundialem, do którego Polacy zgłaszali aspirację, był turniej w Japonii i Korei. Seria nieudanych potyczek towarzyskich, beznadziejna gra oraz długoletnia passa niepowodzeń skazywały reprezentację na pożarcie. Losowanie grup okazało się szczęśliwe dla nas, nazwisko selekcjonera Engela, kojarzyło się, z czytanym z angielskiego słowem angel - anioł, co było dla nas niesfornym promykiem, atakującym nasze pesymistyczne, przeżarte nicością głowy. Trzeba było pokonać tylko Ukrainę i Norwegię. Tylko, bo dla nas to zespoły, które nie wygrywały z nami samą nazwą i kolorem koszulek. Najważniejszy mecz tych eliminacji, który rozegraliśmy okazał się być pierwszym meczem. Pojedynek z Ukrainą w tamtych realiach, na ich stadionie, z Rebrowem, Szewczenką w szczytowej formie, połową Dynama Kijów, które rozbiło Barcelonę 4-0, był dla nas jak gra o honor, jak gra o życie. Stawka tego spotkania, eliminacji była ogromna. Napompowana wieloletnimi oczekiwaniami, niespełnionymi nadziejami. Tyle lat patrzeliśmy jak wszystkie nacje wokoło wystrzeliły piłkarko w górę, a ta z zasady najbiedniejsza właśnie miała skopać naszych chłopakom tyłki, spuszczając nas do ostatniej ligi europejskiej.
2009/03/26 16:34:58
Przysłowiowy nóż na gardle, jak zwykle w dziejach naszego narodu dał nam niesamowita mobilizację, która o dziwo przeniosła się nie tylko na ambicję, ale była cudownym natchnieniem na umiejętności naszych reprezentantów. Grali ładnie dla oka. Pierwszy raz od 11 lat. Dzięki dwóm trafieniom importowanego z Nigerii - Emanuela Olisadebe oraz jednego Andrieja Szewczenki dla Ukrainy do przerwy prowadzimy 2-1. Dziwny to stan po tylu latach niepowodzeń. Odczucia podobne do oglądania upragnionej pary butów w sklepie sportowym. Miałem je, dobrze się w nich czułem, tylko nie stać mnie było bym mógł je zabrać do domu. Bałem się uśmiechnąć, by nie zapeszyć. Zaraz hordy Ukraińców, miały się obudzić z tej dziwnej niemocy i wydrzeć wszystko, co zdobyliśmy. Mydlana bańka pękła, tak jak podpowiadał nam nasz zdrowy rozsądek. Ukraina z pełnym impetem, rzuciła się do oblegania naszej bramki. Tak jak przewidywaliśmy, w 51 minucie spotkania Gennadij Zubow, po błędzie całej obrony, mija Jerzego Dudka i mocno strzela piłką w samo okienko pustej bramki Polaków
2009/03/26 16:36:52
Bardzo się rozpisałem. Czas na refleksję. Czym jest ta niesamowitość piłki nożnej? Gdy Zubow oddał uderzenie, które niechybnie miało pogrążyć Polaków, przywrócić arytmetykę całym zawodom, dać 3 punkty zespołowi lepszemu, przed oczami przewinęło mi się dosłownie wszystko to, co napisałem wyżej. Tylko cud mógł nas uratować.
Niczym błąd programistów, z nikąd biegł do asekuracji, opuszczonej przez naszego bramkarza, bramki Tomasz Kłos. Rozpędzony, wyskoczył w powietrze trzymając wyprostowaną prawą nogę w pozycji, której pozazdrościłoby mu wielu karateków. Frunąc tak, dobrych kilka ułamków sekund, a może sekund, być może minut, a nawet godzin, przecząc prawom grawitacji, czasoprzestrzeni wybił on piłkę w pole, mając w momencie odbicia futbolówki, nogę w lewym okienku bramki Jerzego Dudka. Niemożliwość staję się rzeczywistością, a wyczyn Tomasza Kłosa spowodował utratę wiary w zwycięstwo drużyny ukraińskiej, a my napawając się mitem bohatera, ratującego naród w jedyny, znany tylko nam, Polakom, sposób, strzeliliśmy trzecią bramkę i niesieni tym faktem wygraliśmy mecz 3-1 oraz całe eliminację. Wróciliśmy do światowej elity, a przynajmniej do jej przedsionków. Następnie nauczeni umiejętności wygrywania z najlepszymi udało się nam awansować do Mistrzostw Świata w Niemczech06 oraz po raz pierwszy do Mistrzostw Europy 08. Wallenrod byłby dumny..
Gość: pitek, 195.7.34.19*
2009/03/26 16:52:07
25/09/1996, sroda parenascie minut po godzinie dzwiatej
Kolejna grozna akcja hiszpanow, a juz przegrywalismy zero do dwoch, po golu Pantica i zakurzonego dzisiaj Diego Simeone. Siedze sam w pokoju i wpatruje sie w moja czarno-biala vele o przekatnej mniejszej niz, zdawaloby sie, wyswietlacze dzisiejszych telefonow komorkowych. Dobiega konca pierwsza czesc spektaklu w Lodzi, spektaklu bedacego czescia legendarnej Ligi Mistrzow. Maciek Szczesny, siwy jak zwykle, daleko wyrzuca pilke; jest szansa na kontre. W okolicach polowy pilke przejmuje magik polskiego futbolu tamtego okresu; wydaje sie ze od kiedy ma kontakt z pilka znacznie przyspiesza, zostawiajac za soba graczy z Madrytu. Ruszaja we dwoch, na przeciwko juz tylko jeden zawodnik z rekalama Marbella na koszulce i Jose Molina, a do bramki mniej niz piecdziesiat metrow... Moment Magii ..."Pilkarski majstersztyk!!!" drze sie komentator w czarno-bialej veli, drzwi od mojego pokoju otwieraja sie z impetem, wpada Tata, patrzy na mnie, nic nie mowi tylko siada i razem ogladamy sunacego na brzuchu po szaroburej murawie Marka z niewinnym usmiechem na ustach. Z Duzego Pokoju dobiegaja basowe pomruki 21 telewizora JVC, chrypiacego na najwyzszym poziomie glosnosci. Jeszcze klasyczne juz ruchy reka, powtorzone tez zaraz po pokonaniu Seamana na Wembley, i juz ginie w objeciach kolegow. Do konca meczu juz siedzimy we dwojke wypatrujac w veli kolejnych majtersztykow. W tym spotkaniu juz ich nie bylo.
Gość: pitek, 195.7.34.19*
2009/03/26 16:56:45
25/09/1996, sroda parenascie minut po godzinie dzwiatej
Kolejna grozna akcja hiszpanow, a juz przegrywalismy zero do dwoch, po golu Pantica i zakurzonego dzisiaj Diego Simeone. Siedze sam w pokoju i wpatruje sie w moja czarno-biala vele o przekatnej mniejszej niz, zdawaloby sie, wyswietlacze dzisiejszych telefonow komorkowych. Dobiega konca pierwsza czesc spektaklu bedacego czescia legendarnej Ligi Mistrzow. Maciek Szczesny, siwy jak zwykle, daleko wyrzuca pilke; jest szansa na kontre. W okolicach polowy przejmuje ja magik polskiego futbolu tamtego okresu; wydaje sie ze od kiedy ma kontakt z pilka znacznie przyspiesza, zostawiajac za soba graczy z Madrytu, a nigdy nie nalezal do gepardow futbolu. Ruszaja we dwoch; na przeciwko juz tylko jeden zawodnik w pasiastej koszulce i Jose Molina, a do bramki mniej niz piecdziesiat metrow... Moment Magii ..."Pilkarski majstersztyk!!!" drze sie komentator w czarno-bialej veli, drzwi od mojego pokoju otwieraja sie z impetem, wpada Tata, patrzy na mnie, nic nie mowi tylko siada i razem ogladamy sunacego na brzuchu po szaroburej murawie Marka z niewinnym usmiechem na ustach. Z Duzego Pokoju dobiegaja basowe pomruki 21 calowego telewizora JVC, chrypiacego na najwyzszym poziomie glosnosci. Jeszcze klasyczne juz ruchy reka, powtorzone tez zaraz po pokonaniu Seamana na Wembley, i juz ginie w objeciach kolegow. Do konca meczu juz siedzimy we dwojke wypatrujac w veli kolejnych majtersztykow. W tym spotkaniu juz ich nie bylo.
Gość: bjk1985, cfs200.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/26 18:43:41
Tyle wpisów, więc może i ja dodam coś od siebie. W końcu znalazłem miejsce gdzie po latach mogę się wyżalić:)
Napięcie przed meczem, jak to zwykle przed takimi pojedynkami bywa narastało już od dobrych kilku dni. W końcu to nie był jakiś tam zwykły mecz. To był TEN mecz. Znowu z NIMI. Który to już raz? Jak zwykle nikt nie dawał nam najmniejszych szans. Wiadomo powszechnie jednak, co jest cechą charakterystyczną każdego kibica piłkarskiego. Dla osób postronnych cechą niezrozumiałą i wręcz żałosną. Kibic zawsze będzie ślepo wierzył, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, nawet jeśli psioczy i narzeka na ''swoich'' kopaczy, to gdzieś tam w głębi duszy tli się cichutko: a może... może tym razem...? Z racji wieku nie dane mi było na szczęście doświadczyć zbyt wielu klęsk. Zaledwie 11 lat, ale już byłem ''świadomym'' kibicem, młody umysł zamiast się uczyć algebry, wolał chłonąć ''Skarb kibica'', zamiast obliczać obwód prostokąta, ja znałem wymiary pola karnego. No i doigrałem się. Ledwo rok szkolny się zaczął a tu już kolejna ''pała''. Nadeszła środa. Wielki dzień. Niestety, dzień tej mojej mamie skojarzył się z wywiadówką. Potem wiadomo, każdy to przerabiał. Książki, zakaz wychodzenia, zakaz grania w piłkę i to najgorsze... ŻADNEJ TELEWIZJI. Zabrzmiało jak wyrok. Jasne, śmiejcie się ale postawcie się w tej sytuacji... czekasz na ten mecz całe wakacje, nawet już chcesz żeby się szkoła zaczęła bo szybciej zlecą kolejne dni. Odbijając piłkę o drewniany płot rozegrałeś ten mecz we własnej głowie na tysiąc sposobów. A tu nagle mam iść spać! Dlaczego akurat dzisiaj? Los jest okrutny! Lekcje odrobione, czas spać. I tak leże w tym łóżku, zły na siebie, na mamę, na szkołę, na cały świat. W głowie kłębią się nieśmiałe myśli, że może lepiej jakby przegrali? Nie miałbym czego żałować. Szybko zabijam tę myśl. Video już przygotowane, nagrywanie włączone. Obejrzę jutro, po kryjomu. Jeszcze tylko trzeba obmyśleć jakim cudem ustrzegę się rano szkolnych komentarzy? Jak, do licha mam spędzić tyle godzin w szkole, gdzie wiem że wszyscy będą mówić o jednym. A ja jak ta ostatnia łajza, oferma leże na wyrku i gapię się w sufit. Zasypiam... Jeeeeees! Słysze nagle krzyk. Do pokoju wbiega mama. Znów na mnie wrzeszczy, ale tym razem.... woła, abym wstawał, szybko do pokoju. Zaspany, rozkojarzony nawet nie pozbierałem myśli. Wybudzony ze snu nawet nie pamiętałem, że właśnie grają. A przecież zresztą mama nie zawołałaby mnie na mecz. Jej kibicowska świadomość ogranicza się jedynie do tradycyjnego pytania: ''A w których grają nasi''? Wbiegam lekko wystraszony do pokoju, co się mogło takiego stać? I widzę: czerwoni ściskają się z radości. Zaraz zaraz: kto gra w czerwonych? Chwila? Co jest? Że... że niby my? Im?! I ja to przespałem? Radość zwyciężyła jednak nad smutkiem z powodu niezobaczenia bramki. Jak to w futbolu bywa, po krótkiej euforii po bramce, wraca boiskowa rzeczywistość. Moja rzeczywistość miała szorstki znów głos: ''a teraz marsz do łóżka''. Nie obejrzałem wtedy tego meczu. Nie przeżywałem go bo po prostu spałem... Ale za to dziś myślę sobie, że doświadczyłem czegoś czego kibice mogą nie doświadczyć przez jeszcze wiele, wiele lat.Wyobraźcie sobie: leżysz w łóżku, Polska prowadzi na ICH stadionie, z NIMI, 1-0. A przecież ja jeszcze nie zacząłem śnić! To się dzieje naprawdę. Dla mnie ten dzień, ten mecz skończył się w 6 minucie. I kropka. Byłbym zapomniał, Anglia - Polska 0-1, Marek Citko.
Gość: Algorytm, 77-253-195-93.adsl.inetia.pl
2009/03/26 20:36:20
14.10.1992 Rotterdam, HOLANDIA - POLSKA
Świetny początek Polaków! Nasza reprezentacja prowadzi po golu Marka Koźmińskiego z półfinalistami ostatnich ME - Holandią. Kibice biało-czerwonych zgromadzeni na stadionie de Kuip oszaleli z radości, i nim zdążyli zasiąść na swoich miejscach przy piłce ponownie był niesamowity w tym dniu Roman Kosecki. Napastnik Osasuny popędził prawą stroną boiska, a następnie dośrodkował do nadbiegającego w pole karne Wojciecha Kowalczyka, ten nie zastanawiał się, natychmiast uderzył piłkę głową, która odbiła się od murawy i leciała w kierunku prawego słupka...GOOOOL!!! Fantastyczna bramka Kowalczyka, nasz napastnik tym uderzeniem kompletnie zaskoczył bramkarza Oranje Stanleya Menzo oraz Franka Rijkaarda, który desperacko próbował osłonić...lewy słupek własnej bramki. Polacy w ciągu dwóch minut strzelili dwie bramki Koźmiński (19') Kowalczyk (21'). Wspaniałe uczucie Holandia mistrz europy z 1988, trzecia drużyna ostatnich mistrzostw, miała w składzie takich piłkarzy jak: Ronald Koeman, Frank Rijkaard, Dennis Bergkamp, Marco van Basten a przegrywała z Polską 2:0 na de Kuip. Niestety później na boisku istnieli już tylko Holendrzy...skończyło się na remisie 2:2. Spotkanie to było pod wieloma względami szczególne. Wyjątkowe dla mnie, gdyż byłem dzieciakiem i nigdy przedtem nie śledziłem meczu z taką uwagą (wolałem oglądać Tsubase) oraz dla Włodzimierza Smolarka i Marco van Bastena dla których były to ostatnie mecze w ich reprezentacjach. 2009/03/26 21:02:06
Tylko nie strzelaj idioto!
A on strzelił. ID (leeeciii) IO (leeeciii) TA (wpadła). WPADŁA, piłka WPADŁA. Ricardo leży, Krzynówek biegnie, za nim biegnie Wasyl, Scolari wychodzi z siebie, kibice szaleją, Cristiano myśli o Realu, Szpakowski krzyczy, a ja? Biegam po domu jak opętany (pierwszy raz w życiu). Minutę wcześniej... Kuba zabierał się do rajdu prawym skrzydłem, już nawet dostał piłkę, kiedy został sfaulowany przez nadbiegającego przeciwnika. Już nie pamiętam kto wykonał ten ostatni (przed dotknięciem piłki z wielką małą stopą) rzut wolny, ale gdy futbolówka doszła do Lewandowskiego (Mariusza, ten drugi to pewnie kilka sekund później wykrzykiwał pierwsze zdanie mojego wpisu), ten o mało jej nie stracił. No ale uff, nie stracił, ba! nawet odegrał. Chwilę później piłka dostała się pod panowanie wielkiej małej stopy Jacka Krzynówka. "Obiega Błaszczykowski" - słowa Szpakowskiego sprawiły, że spojrzałem w prawy róg ekranu. Rzeczywiście, znakomicie ustawiony Kuba tylko czekał na podanie, a znając jego umiejętności, mogliśmy przypuszczać, że poradzi sobie bez problemu z jednym (!) tylko przeciwnikiem i otworzy sobie drogę do bramki i "zwycięskiego" remisu, ale gdzie tam - "Krzynówek do środka"; też sobie wybrał drogę, akurat wszyscy (oprócz Cristiano, który myslał... oj wiecie o kim) rywale wrócili na środek. Ale dalej pomyślałem, że nie jest źle i w tej drodze na środek boiska jest jakaś myśl, bo "czeka tutaj Lewandowski". Gdy zobaczyłem Lewandowskiego (wiecie którego), czekając na podanie od wielkiej małej stopy, pomyślałem, że to jest ta akcja. Znając umiejętności Mariusza, a zwłaszcza jego atomowe uderzenie byłem przekonany, że za chwilę piłka rozerwie siatkę w bramce na stadionie da Luz w Lizbonie i zdobędziemy upragniony "zwycięski remis"; ale gdzie tam by wielka mała stopa myślała o Lewandowskim. Wielka mała stopa spojrzała tylko na twarz przestraszonego Portugalczyka z której wyczytała zdanie "Będzie strzelał idiota, nawet nie uniosę nogi", wielkiej małej stopie już nawet nie chciało się patrzeć jak ustawiony jest ni(e)jaki Ricardo, bo i tak wiedziała, że jak będzie trzeba to i tak go oszuka (wiedział coś o tym już pewien bramkarz z Madrytu, o imieniu Iker), wielka mała stopa nie kalkulowała, wielka mała stopa nie robiła sobie nic, kiedy cała Polska krzyczała "tylko nie strzelaj", wielka mała stopa po prostu kopnęła piłkę... 2009/03/26 21:11:21
16 listopad 2006.. Tabor polskiej husarii niesiony gromkim i ważnym zwycięstwem nad wrogiem z Portugalii, które odbiło się szerokim echem po całej Europie, przywędrował w glorii chwały pod Brukselę.. Przywędrował, aby pokazać, że rozpalone i iskrzące nadzieje, które wywołał triumf nad Portugalią był czymś więcej niż jednorazowym zrywem oddziału, który w pierwszej fazie wielkiej wojny o Austrie i Szwajcarie zawiódł przegrywając na swoich terenach z Finlandią.. Zawiódł w fatalnym stylu, nie pokazując pazura, który płynie w naszej sarmackiej krwii... Nie pokazał, ale od tej pory stara chorągiew prowadzona przez najznamitszego ze strategów, podkupionego z kraju tulipanów - Leo Beenhakkera została wymieniona.. Wymieniona w znacznej części na nową, bardziej obiecującą choć niepewną.. Aczkolwiek Cud w Chorzowie pozwolił nam marzyć o tym o czym nigdy przedtem marzyć nie śmialiśmy - o dominacji na polach w Austri i Szwajcari! Nasza husaria wkroczyła już na pole bitwy.. walczy dzielnie wyrównanymi siłami z chorągwią belgijską słynącą z wielkiego jak dęby mazowieckie Daniela van Buytena urzędującego na stałe w potęznej Monachijskiej chorągwi, a także szybkiego, zabezpieczającego tyły, acz zabijakę - Vincenta Kompanyego! Trwa pierwsza część bitwy! Polacy pokazują momentami swoje atuty, ale nie potrafią przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść.. Lecz zgromadzeni wokół pola bitwy głosni sarmaccy najemnicy, głośno dopingujący naszą husarię stwarzając atmosferę jakbyśmy byli na swoich Polskich terenach wśród odwiecznych dębów okalających krajobraz bitwy z Portugalczykami.. Wygranej przeciez bitwy! Nagle, gdy Belgowie nacierają nas sprytnie zorganizowaną falą, Polacy przejmują swój atut! Niedoceniany, lecz dzielny chorąży Bronowicki z Księstwa Warszawskiego, rozpoczął ryzykowny lecz bardzo błyskotliwy i precyzyjnie wymierzony atak, uruchamiając giermka Matusiaka z Bełchatowskiej szlachty! Matusiak pokazuje jak bardzo zależy nam, aby wygrać tą wojnę i przepycha słynnego van Buytena, znanego jako skała nie do przejścia.. Przepycha go i biegnie dalej, lecz z gracją i opanowaniem.. Napotyka tam ostatniego mężnego belgijskiego w postaci Stijna Stijnena, którego pokonuje zadając cios na dalej położoną część belgijskich strzeżonych wrót, których przekroczenie piłką daje nam upragnione trofeum.. Belgia jest nasza! Polska husaria się odradza, a jej giermkowie mężnieją stając się rycerzami! Drżyj Europo!
traxxy@o2.pl
Gość: artart, cci217.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/03/26 21:17:55
29. maja 1993 roku, Stadion Śląski, mecz Polska Anglia, eliminacje mistrzostw świata.
Prowadzimy 1:0 po bramce Dariusza Adamczuka w 36 minucie. Polskie orły fruwają wysoko, co rusz wbijają szpony w angielskie lwy. W 60. minucie (a może w 55., a może w 65.) bramkarz Anglików Chris Woods podaje piłkę prosto na nogę stojącego na 30. metrze Marka Leśniaka. Napastnik reprezentacji Polski rusza na bramkę rywali, obrońcy oglądają tylko numer 11 na jego plecach. 55 tysięcy kibiców już widzi piłkę w bramce. Trudno sobie wymarzyć lepszą okazję. Leśniak jest na wprost bramki, a przed nim tylko ten, który tak nieudolnie wybijał piłkę. Może mijać bramkarza albo strzelać, uśmiechając się szelmowsko pod wąsem z pytaniem w który róg, Chrisy? Leśniak wybiera to drugie rozwiązanie. Strzela po ziemi wewnętrzną częścią stopy, Woods rzuca się, nie sięga piłki. Na stadionie ryk entuzjazmu przeradza się w okamgnieniu w jęk zawodu. Futbolówka mija bramkę. Nie ma nawet rzutu rożnego... W 78. minucie Marek Leśniak zostaje zmieniony przez Kazimierza Węgrzyna, w 80. minucie Ian Wright strzela wyrównującą bramkę, Stadion Śląski po tym meczu zostaje zamknięty decyzją UEFA z powodu burd kiboli, a Polska do dziś czeka na pierwsze o 1973 roku zwycięstwo nad Anglią. 2009/03/27 17:33:35
Wiem, że konkurs się skończył. Ale po prostu muszę to przypomnieć. 1995 rok, w moim domu remont. Siedzę na podłodze bez dywanu w dużym pokoju i gapię się w telewizor. Gramy z Francją, w której bramce stoi niepokonany-od-iluś-tam-minut Bernard Lama. Siedzę na tej zimnej podłodze i spodziewam się najgorszego. Pamiętam z tamtego meczu, że właściwie cały czas się bałem. Z jednym jedynym wyjątkiem. Z jedną minutą wielkiej radości. 35 minutą. Wtedy to Iwan wygarnął wślizgiem piłkę jednemu z Francuzów (nie pamiętam komu), kopnął ją do Kowalczyka, Kowalczyk jeszcze szybciej do Juskowiaka. Jusko dotknął piłkę dokładnie trzy razy (pamiętam!) zanim nie wpadła do siatki. Jakoś tak kopnął lekko, po ziemi, jakoś tak nędznie, na krótki słupek. Ale wpadła!
Gość: kot, 131.red-81-47-130.staticip.rima-tde.net
2009/03/28 22:01:35
pamietacie bramke w eliminacjach ligi mistrzow w 1996 Broendby - Widzew na 3-2 dajaca awans. To byly kurwa czasy:)
|
Michał Pol - Strzeliłem kiedyś gola van der Sarowi z podania Zidane'a. Rzutów wolnych uczył mnie del Piero. Niestety trafiałem tylko w mur. Mimo to od czasu do czasu piszę i gadam o futbolu - przez 15 lat w „Gazecie Wyborczej” (1994-2009), dziś na Sport.pl i - głównie o Lidze Mistrzów - w nSporcie. Mam dysleksję, więc nie wytykajcie mi błędów. Są piłkarze, którzy nie potrafią wykonywać rzutów karnych...
napisz do mnie |